Zapracowani głosu nie mają, czyli demokratura wg klasy średniej

Ostatnio głośniej stało się o panelach obywatelskich, które są rzekomo wspaniałym i demokratycznym narzędziem. Z jednej strony tą drogą w Irlandii zaproponowano wprowadzenie rozwiązań mających na celu ograniczenie dręczenia kobiet (tj. liberalizację prawa do aborcji), a w Gdańsku walczono ze smogiem. Oba pełne zachwytu teksty pochodzą z portalu krytykapolityczna.pl. Portal ten umożliwia komentowanie pod tekstami, ale biorąc pod uwagę, że Lolka bardziej brzydzi jednak prawicowa chęć wieloletniego dręczenia kobiet i niepełnosprawnych dzieciaków1, to swoje żale pozostawi na swoim niszowym blogasku.

Czytaj dalej „Zapracowani głosu nie mają, czyli demokratura wg klasy średniej”

Zapracowani głosu nie mają, czyli demokratura wg klasy średniej

Mobilność akademicka, czyli jak zniszczyć polską naukę

Wraca temat przymusowej mobilności akademickiej jako rzekomego panaceum na bolączki polskiej nauki. Istotnie, jeśli panaceum ma polegać na jej doszczętnym zaoraniu, to Lolek się zgadza (na nazwanie tego panaceum, a nie na zaoranie oczywiście).

Czytaj dalej „Mobilność akademicka, czyli jak zniszczyć polską naukę”

Mobilność akademicka, czyli jak zniszczyć polską naukę

Ministerstwo Niszczenia Nauki

Lolek musi przyznać, że jest pod wrażeniem pomysłów na zniszczenie nauki w Polsce. Notka o największym osiągnięciu poprzedników na tym poletku – zrobieniu z doktoratu wzorcowej śmieciówki wciąż czeka na publikację. Ale nawet takie dokonanie blednie przy pomysłach Dobrej Zmiany, która jak po zatrudnionych personaliach widać, w tym zakresie oznacza „jeszcze więcej i bardziej tego samego”.

Na szczególne uznanie zasługuje tu ministerialny styl wprowadzania zmian, który stanowi czystą esencję neoliberalizmu. Ot np. Szanowny Pan Minister powiedział, że teraz będzie się liczyć jakość kształcenia, a nie jak największa ilość studentów, więc będzie dawał mniejszą dotację wszystkim tym, którzy nie mieszczą się w ustalonych widełkach liczby studentów na głowę wykładowcy. A te widełki to wzięły się z samej Skandynawii. Jak tu nie kochać takiego Ministra? Przecież nawet powiedział, że zmiany mają zacząć obowiązywać od teraz. Jedyne czego nie powiedział, to tego, że program studiów trwa zazwyczaj kilka lat, więc nawet najbardziej drastyczne pomysły nie są w stanie „od ręki” zmienić znacząco wskaźnika liczby studentów na głowę wykładowcy I stąd każdy wydział który akurat ma ten wskaźnik mniejszy lub większy od pożądanego (czyli zdecydowana większość) w ramach „poprawiania jakości” zwyczajnie dostanie mniej pieniędzy. Ot taka klasyka neoliberalizmu „poprawa jakości przez drastyczne i robione ad hoc oszczędności”.

Albo inna sprawa. Minister powiedział, że wsłucha się w głos społeczności akademickiej w sprawie pomysłów na reformę. I wsłuchał się. Zorganizował nawet konkurs, który przypadkiem wygrały trzy ośrodki myśli neoliberalnej. Teraz może powiedzieć, że środowisko same tego chciało.

Szczęśliwie pojawiła się w tym miejscu również pewna krytyka, m.in. na łamach krytykapolityczna.pl. W krytyce tej brakuje mi jednak pewnego elementu. Mianowicie konstatacji, że zaproponowane projekty reform nie mają szans osiągnięcia zakładanych rezultatów, tj. zwiększenia liczby cytowanych publikacji w poważnych czasopismach naukowych.

A dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się „zrobienie z pracy uczonego pracy jak w prawdziwym korpo”. Oczywiście w dobie braku funduszy nie pójdą za tym środki finansowe, więc uczelnie będą oferować pracę „jak w prawdziwym korpo” przy niższych wynagrodzeniach, co spowoduje odejście najwartościowszych osób (które teraz jeszcze siedzą, bo niższe wynagrodzenia rekompensuje im to, że charakter ich pracy nie jest „jak w prawdziwym korpo”) i selekcję negatywną w napływie nowej kadry (tzn. to już zrobili poprzednicy w ramach uśmieciowiania doktoratów. Dodajmy, że uśmieciowianie to odbywało się pod podobnymi hasłami). Lolek obawia się, że najgorsi z najgorszych jednak nie podołają zadaniu publikacji w najlepszych z najlepszych światowych periodykach.

Drugi powód jest taki, że owe robienie z uczelni „prawdziwego korpo” ma polegać m.in. na stworzeniu specjalnych Rad Powierniczych składających się z lokalnych kacyków biznesu i polityki, które będą de facto uczelniami rządzić. Problem w tym, że nauka na najwyższym poziomie wymaga krytycyzmu, który z kolei czasem prowadzi do wniosków, które wcale nie muszą się owym kacykom spodobać.

Mówiąc kolokwialnie Lolek nie wie, w jaki sposób miałyby przebiegać badania nad tym, na ile współczesne silniki samochodowe są ekologiczne, a na ile i konstruktorzy sprytnie wykorzystują procedury testowe, skoro w takiej radzie powierniczej ma zasiadać reprezentant producenta tychże silników. Albo, jak miałyby przebiegać badania nad tym, na ile jakaś polityka społeczna działa, a ile jest w niej kreatywnego marketingu, skoro w radzie powierniczej będzie zasiadał główny proponent tejże polityki. W rzeczy samej działy marketingowo-PRowe mają problemy z naukowymi publikacjami w najwyższej światowej półce.

Komentator „Voit” ma rację. W propozycjach reformy chodzi o to, żeby zabrać kasę na „lewackie brednie”, czyli wszystkie te pomysły mające na uwadze interes „szarego Kowalskiego”, a nie interes możnych. Mylili się wszyscy Ci, którzy myśleli, że prawicy wystarczy jedynie ochrona klerykalnej propagandy seksualnej i rodzinnej przed myślą, która wykazuje, że propaganda ta nie ma żadnego sensu i celu poza „dręczeniem kobiet i gejów”. Proponowane zmiany są dalece bardziej całościowe.

Tylko co one mają wspólnego z „wstawaniem z kolan”? 😉

Ministerstwo Niszczenia Nauki