Czy biblioteka uratuje polską naukę?

Gdzieś w okolicach ostatniego przełomu wieków w pewnej międzynarodowej organizacji pojawił się problem natury bibliotecznej. Nie wiedziano, jak klasyfikować książki naukowe, to jest na którą półkę odkładać daną książkę. Wymyślono sobie zatem system, który te sprawy porządkował. Wtedy jeszcze nie zdawano sobie sprawy z powagi konsekwencji tego czynu.

Mijały lata i dziesięciolecia. Nauka stawała się coraz bardziej interdyscyplinarna. Z każdym rokiem coraz bardziej zdawano sobie sprawę z tego, że taki dworzec ma pełnić nie tylko rolę użyteczną, ale też estetyczną budując wizerunek miejsca i miasta. Ba, coraz bardziej zdawano sobie sprawę z tego, że rola estetyczna jest rolą użyteczną, bo miejsce może być bardziej lub mniej przyjazne wandalom. Zaczęło rodzić to pewien problem z systemem, bo część inżynierska architektury została przypisana do zupełnie innej części biblioteki niż część artystyczna. Stwierdzono jednak, że trudno, naukowcy będą musieli zwiedzić dwa działy biblioteki. Lepsze to niż bałagan związany z wprowadzaniem nowego systemu. Tym bardziej, że biblioteka się scyfryzowała i dwa działy można było zwiedzić na raz zadając odpowiednie pytanie w wyszukiwarce.

Aż w końcu nadszedł rok 2018 i w pewnym kraju znajdującym się na rubieżach Europ Zachodniej oraz Wschodniej, w którym architektura obiektów użyteczności publicznej rozwijała się całkiem całkiem dzięki strumieniowi funduszy płynących z zachodu, pewien minister wszystkich rządów postanowił dokonać pewnej reformy. Reformie prawdopodobnie przyświecał cel walki ze smutnymi efektami poprzednich reform, a także chęci zhakowania pewnego rankingu, po wymienieniu nazwy którego każda władza w tym kraju dostawała orgazmu1. Chociaż tak w sumie to nie ma pewności co do tego, że cel był jakikolwiek inny niż reformować dla samego faktu reformowania.

Minister był bardzo zafascynowany systemem. Wdrożyła go w końcu międzynarodowa instytucja. Minister postanowił, że system ten dobrze się sprawdzi do budowy świetlanej przyszłości polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Zaordynował więc co następuje:

  1. Naukowcy przypisani do inżynierii architektury, którzy opublikują coś w czasopiśmie dotyczącym sztuki architektury mają niefart, bo to im się nie będzie liczyć. To samo spotka naukowców przypisanych do sztuki architektury, którym zdarzy się coś popełnić w piśmie przypisanym do działki inżynieryjnej. No chyba, że ich uczelnie połączą się w jeden wielki moloch, co pozwoli mu awansować do wyższej setki w Rankingu, którego nazwy lolek tu nie wymieni, bo blognotka stałaby się nazbyt pornograficzna.

  2. Uczelnie te i tak muszą się połączyć w jeden moloch, jeśli chcą kształcić studentów zgodnie z współczesnymi standardami. Ba, ponadto ten moloch musi być bardzo dobry w obu działkach, a do tego w dwóch innych działkach, by móc prowadzić Międzydziedzinowy Indywidualny Kierunek Studiów o nazwie „Architektura”.

I tak oto rodzi się pytanie o to czy biblioteka owej międzynarodowej organizacji uratuje polską naukę i szkolnictwo wyższe zmieniając system układania książek na swoich półkach?


  1. Swoją drogą ów ranking też został wymyślony do innych celów – wskazywania, na który amerykański uniwersytet warto wysłać studentów na stypendium. 
Reklamy
Czy biblioteka uratuje polską naukę?