Ministerstwo Niszczenia Nauki

Lolek musi przyznać, że jest pod wrażeniem pomysłów na zniszczenie nauki w Polsce. Notka o największym osiągnięciu poprzedników na tym poletku – zrobieniu z doktoratu wzorcowej śmieciówki wciąż czeka na publikację. Ale nawet takie dokonanie blednie przy pomysłach Dobrej Zmiany, która jak po zatrudnionych personaliach widać, w tym zakresie oznacza „jeszcze więcej i bardziej tego samego”.

Na szczególne uznanie zasługuje tu ministerialny styl wprowadzania zmian, który stanowi czystą esencję neoliberalizmu. Ot np. Szanowny Pan Minister powiedział, że teraz będzie się liczyć jakość kształcenia, a nie jak największa ilość studentów, więc będzie dawał mniejszą dotację wszystkim tym, którzy nie mieszczą się w ustalonych widełkach liczby studentów na głowę wykładowcy. A te widełki to wzięły się z samej Skandynawii. Jak tu nie kochać takiego Ministra? Przecież nawet powiedział, że zmiany mają zacząć obowiązywać od teraz. Jedyne czego nie powiedział, to tego, że program studiów trwa zazwyczaj kilka lat, więc nawet najbardziej drastyczne pomysły nie są w stanie „od ręki” zmienić znacząco wskaźnika liczby studentów na głowę wykładowcy I stąd każdy wydział który akurat ma ten wskaźnik mniejszy lub większy od pożądanego (czyli zdecydowana większość) w ramach „poprawiania jakości” zwyczajnie dostanie mniej pieniędzy. Ot taka klasyka neoliberalizmu „poprawa jakości przez drastyczne i robione ad hoc oszczędności”.

Albo inna sprawa. Minister powiedział, że wsłucha się w głos społeczności akademickiej w sprawie pomysłów na reformę. I wsłuchał się. Zorganizował nawet konkurs, który przypadkiem wygrały trzy ośrodki myśli neoliberalnej. Teraz może powiedzieć, że środowisko same tego chciało.

Szczęśliwie pojawiła się w tym miejscu również pewna krytyka, m.in. na łamach krytykapolityczna.pl. W krytyce tej brakuje mi jednak pewnego elementu. Mianowicie konstatacji, że zaproponowane projekty reform nie mają szans osiągnięcia zakładanych rezultatów, tj. zwiększenia liczby cytowanych publikacji w poważnych czasopismach naukowych.

A dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się „zrobienie z pracy uczonego pracy jak w prawdziwym korpo”. Oczywiście w dobie braku funduszy nie pójdą za tym środki finansowe, więc uczelnie będą oferować pracę „jak w prawdziwym korpo” przy niższych wynagrodzeniach, co spowoduje odejście najwartościowszych osób (które teraz jeszcze siedzą, bo niższe wynagrodzenia rekompensuje im to, że charakter ich pracy nie jest „jak w prawdziwym korpo”) i selekcję negatywną w napływie nowej kadry (tzn. to już zrobili poprzednicy w ramach uśmieciowiania doktoratów. Dodajmy, że uśmieciowianie to odbywało się pod podobnymi hasłami). Lolek obawia się, że najgorsi z najgorszych jednak nie podołają zadaniu publikacji w najlepszych z najlepszych światowych periodykach.

Drugi powód jest taki, że owe robienie z uczelni „prawdziwego korpo” ma polegać m.in. na stworzeniu specjalnych Rad Powierniczych składających się z lokalnych kacyków biznesu i polityki, które będą de facto uczelniami rządzić. Problem w tym, że nauka na najwyższym poziomie wymaga krytycyzmu, który z kolei czasem prowadzi do wniosków, które wcale nie muszą się owym kacykom spodobać.

Mówiąc kolokwialnie Lolek nie wie, w jaki sposób miałyby przebiegać badania nad tym, na ile współczesne silniki samochodowe są ekologiczne, a na ile i konstruktorzy sprytnie wykorzystują procedury testowe, skoro w takiej radzie powierniczej ma zasiadać reprezentant producenta tychże silników. Albo, jak miałyby przebiegać badania nad tym, na ile jakaś polityka społeczna działa, a ile jest w niej kreatywnego marketingu, skoro w radzie powierniczej będzie zasiadał główny proponent tejże polityki. W rzeczy samej działy marketingowo-PRowe mają problemy z naukowymi publikacjami w najwyższej światowej półce.

Komentator „Voit” ma rację. W propozycjach reformy chodzi o to, żeby zabrać kasę na „lewackie brednie”, czyli wszystkie te pomysły mające na uwadze interes „szarego Kowalskiego”, a nie interes możnych. Mylili się wszyscy Ci, którzy myśleli, że prawicy wystarczy jedynie ochrona klerykalnej propagandy seksualnej i rodzinnej przed myślą, która wykazuje, że propaganda ta nie ma żadnego sensu i celu poza „dręczeniem kobiet i gejów”. Proponowane zmiany są dalece bardziej całościowe.

Tylko co one mają wspólnego z „wstawaniem z kolan”? 😉

Ministerstwo Niszczenia Nauki

Złudzenie kontroli

Ludzie mają w swej naturze uleganie różnym złudzeniom. Wydaje im się na przykład, że są paniami sytuacji kontrolującymi swe otoczenie. Oczywiście złudzenie to łatwo jest ujawnić, bo w końcu w otoczeniu ludzi znajduje się zazwyczaj wielu innych ludzi, także żyjących w świecie własnych złudzeń. Warto zauważyć, że wielu despotów usilnie starających się wcielić w życie swoje złudzenia ma tę świadomość, więc marzy im się uniwersalne narzędzie ubezwłasnowalniania innych, coby tylko oni mogli posiadać jedyną rzecz, która ich w życiu kręci – kontrolę. Szczęśliwie dla liberałów i postępowych rewolucjonistów dotychczas stworzone narzędzia robienia z ludzi bezwolnych lemingów były umiarkowanie skuteczne. Dlatego mogą ciągle marzyć o świecie przyszłości, w którym ludzkość będzie w końcu wolna.

Nie oszukujmy się jednak, że złudzenie kontroli oraz chęć, by jednak nie było to złudzenie lecz rzeczywistość, siedzi w każdym z nas. Potrafi przybierać też całkiem patologiczne formy. Ot chcemy na przykład wierzyć, że możemy swobodnie kontrolować dzieci. Wydaje nam się, że skoro są takie małe oraz nie mówią, to wystarczy tylko „postawić parę granic oraz kupić karnego jeżyka” i już możemy kształtować je niczym plastelinę.

racing-cars-1237538_1920

Czasem chcemy wierzyć w to tak bardzo, że na każdy przejaw rzeczywistości reagujemy agresją. Wystarczy, że tylko zobaczymy drobny przejaw dziecięcej niesubordynacji spowodowany chwilową niechęcią do respektowania stawianych przez dorosłych granic, a już włącza się w nas nasz wewnętrzny despota, który ignorując fakt, że w tym kraju powszechny jest kult matki1, ani chwili nie waha się skorzystać ze swojej przewagi nad osłabioną sprawowaniem pieczy kobietą i wylać na nią wiadro pomyj (dał nam przykład Mikołejko z Migalskim, jak zwyciężać mamy).

Jeszcze dalej w tym temacie idą prawicowcy, którzy ukuli nawet termin „bezstresowe wychowanie”. Termin ten ma w zamierzeniu wyjaśnić skąd się bierze brak kontroli nad drugim człowiekiem. Gdyby nie to przebrzydłe lewackie bezstresowe wychowanie, to już dawno bylibyśmy jedynie bezwolną masą lemingów pod butem jakiegoś despotycznego psychopaty2. No chyba, że dzieci nie są ludźmi3.

Bezstresowemu wychowaniu przeciwstawiane jest wychowanie stresowe. Zakłada ono profilaktyczne srogie tłuczenie dzieciaka trzy razy dziennie, koniecznie na czczo, co według przekazu ludowego ma lecznicze właściwości i zapewnia pomyślność.Oczywiście jedyne do czego prowadzi stresowe wychowanie, to do uczenia dziecka, że naga przemoc jest ostatecznym argumentem silniejszej strony w stosunkach międzyludzkich – nawet w sytuacjach, gdy cała argumentacja strony silniejszej czy jej oczekiwania wobec strony słabszej nie mają najmniejszego sensu. Czego zresztą apologeci stresowego wychowania są dobrym przykładem właśnie w momencie karcenia „wyrodnych matek, które nie potrafią wychowywać dziatwy”. Oczywiście relacja silniejszego w relacjach dziecko-rodzic z wiekiem ulega zamianie, więc lolek już teraz składa co poniektórym wyrazy współczucia.

Można powiedzieć, że cały ten koncept stresowego wychowania ma na celu jedynie przykrycie faktu beznadziejnej dostępności do pomocy dla rodziców, którzy mają nieszczęście posiadać dzieci naturalnie predysponowane do ignorowania wszelkich zasad i obchodzenia zabezpieczeń (przyszłych rewolucjonistów), o czym lolek kiedyś już pisał 4.

Nie miejmy jednak złudzeń, że cały ten koncept stresowego wychowania jest w głównej mierze efektem zderzenia złudzeń o kontroli z rzeczywistością, w której nigdy tej kontroli mieć się nie będzie. Samonapędzającym się mempleksem, który buduje niespełnialny mit skutecznej kontroli rodzicielskiej nad osobami trzecimi, czym wywołuje tylko frustrację prowadzącą do bezsensownych czynów powodujących jego replikację przez próby ich racjonalizacji. Jeśli mempleks ten nie zostanie przerwany z zewnątrz siłami oświeconego humanizmu, to będzie sobie hulał do końca świata i o jeden dzień dłużej, ubezwłasnowalniając swoim powabem te i owe. I regularnie dając powody do „zdziwień” w prasie i karcenia „wyrodnych matek” w komciach.


  1. Rozmyślania o tym jak wyglądałoby chrześcijaństwo, gdyby Maria inaczej „ulepiła” małego Jezusa pozostawmy teologom. 
  2. Za czym prawica najwyraźniej tęskni (najwyraźniej mając też złudzenie, że to oni będą tym despotą) :-P 
  3. Tylko co wtedy z dziećmi nienarodzonymi? :-P 
  4. Nie miejmy też złudzeń, że taka pomoc pozwoli w krótkim czasie „przywrócić” kontrolę, bo taka zwyczajnie nie istnieje. Ciągle jednak, optymistycznie rzecz biorąc, specjalistyczna pomoc umożliwia osiągnięcie umiarkowanych postępów w dłuższym horyzoncie czasu. W przeciwieństwie do stresowego wychowania. 
Złudzenie kontroli

Każdy mężczyzna musi zrobić trzy rzeczy…

Jeśli myślałaś, że zasadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna to grubo się pomyliłaś. Otóż to było modne jeszcze siedem lat temu. Dziś taki potrójny akt kreacji jest uznawany za przejaw lewactwa, a każdy mężczyzna powinien:

  • ściąć drzewo (lex szyszko)
  • spalić dom jakiegoś wieśniaka, najlepiej z niemowlęciem w środku (bohaterzy wyklęci)
  • spłodzić minimum dwójkę dzieci (500+).

Czytaj dalej „Każdy mężczyzna musi zrobić trzy rzeczy…”

Każdy mężczyzna musi zrobić trzy rzeczy…

Rodzina

Na krytykapolityczna.pl pojawiły się ostatnio dwa dość ciekawe wywiady redaktora Sutowskiego – prezentacja myśli liberalnej w wykonaniu Pani Anny Gromady oraz prezentacja myśli neoliberalnej przez Pana Michała Bilewicza. Lolek niestety nie ma czasu wylewać z siebie polemik w odpowiednio szybkim tempie. Zmuszony do wyboru, uznał za ciekawsze pastwienie się nad myślą neoliberalną 1. Chociaż ma nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mu się rozprawić z fragmentem „Bądź, jakby powiedział Bentham: czy przekładają się on na największą szczęśliwość największej liczby ludzi?„, bo rzucenie takiego tekstu w artykule o ocenie polityk spowodowało delikatne podniesienie ciśnienia lolkowych myśli.

Czytaj dalej „Rodzina”

Rodzina