Czym Lolek para się zawodowo?

Pod jedną z poprzednich notek pojawił się nieoczekiwanie dla lolka komentarz:

No proszę, inni też dochodzą do podobnych wniosków co lolek. Nie wiem czym lolek para się zawodowo, ale na jego miejscu podniósłbym stawki . 😉

Pod słowem „inni” ukryty był odnośnik do blognoci zamieszczonej na blogasku „Mitologia współczesna”, która traktuje o zagrożeniach utowarowienia nauki. Pora odpowiedzieć na pytanie, czym zawodowo para się Lolek. A potem na zrecenzowanie owej blognoci.

Czym para się lolek?

Lolek oczywiście jest jedynie blogaskowym wytworem, więc zawodowo nie para się niczym. Stojący za tym wytworem troll lub grupa trolli oczywiście czymś tam się zawodowo para. A to dlatego, że lolek, jako blogaskowy wytwór reprezentuje interesy biedniejszych 99% społeczeństwa. Stąd jego stawki wynoszą dokładnie zero i nie ma chętnych na to, by zapłacić więcej. Tzn. chętni zapewne by się znaleźli, ale chcieć to jeszcze nie znaczy móc, więc zapewne owych chętnych zwyczajnie nie było by stać na stawki zaproponowane przez lolka. Także więc stojący za lolkiem bliżej nieokreślony zbiór trolli mógłby zażądać podniesienia stawek tylko wtedy, gdyby lolek reprezentował interesy bogaczy, a te jak wiadomo są zazwyczaj sprzeczne z interesami pozostałych 99% procent społeczeństwa, więc profil blogaska musiałby ulec radykalnej przemianie. Podsumowując tę część powiedzmy, że lolkowi do szczęścia wystarczy zajmowanie niszowej pozycji blogaska, który nie jest kolejnym miejscem kultywowania religii kucliberalnej.

Recenzja blognoci z mitologii współczesnej

W komentarzu padło jeszcze odwołanie do blognoci, którą Lolek pozwoli sobie skomentować. Ogólnie notka nawet ciekawa. Zwraca uwagę na dość poważny problem. Warto do niej zajrzeć. Ale po bardziej szczegółowym przeczytaniu pojawiają się pewne mankamenty.

Zanim przejdziemy do orania tekstu, dodajmy, że stojąca za lolkiem grupa trolli (możliwe, że jednoosobowa) wydaje się znać neoliberalne warunki pracy, gdzie sale dydaktyczne dysponowane są na zasadach quasi-rynkowych. Podobnie funkcjonują też działy wspierające naukowców w składaniu wniosków grantowych. Lolka dziwi zatem trochę prowadzenie rozmyślań na zasadzie, „co by było gdyby”. Widocznie w innych miejscach nowotwór neoliberalizmu nie poczynił jeszcze aż takich zniszczeń.

Przejdźmy teraz do tekstu:

Niepewność nie rodzi wydajności

W projekcie reformy, zgodnie z regułami „doktryny szoku”, niepewność staje się kluczowym narzędziem zarządzania produkcją wiedzy. Konieczność konkurencji o ograniczone zasoby albo ryzyko ich utraty ma zmotywować naukowców do pracy wydajniejszej, lepszej, bardziej innowacyjnej. To wszystko może się okazać prawdą! Możliwe, że „urynkowienie” uniwersytetów faktycznie uczyni naukowców bardziej wydajnymi, choć nie wiem nawet, czy „wydajność” jest na pewno tym, czego naprawdę od nich oczekujemy.

Z tą niepewnością to bardzo ciekawe zagadnienie1. Zawsze okazuje się, że pozytywnie oddziałuje ona jedynie na maluczkich i szczególnie tych pracujących na sponsorowanych przez państwo posadkach. Z drugiej strony zaglądając do podstawowej literatury z zakresu zarządzania szybko przekonamy się, że sugerowane tam jest podjęcie bardzo dużego wysiłku w kierunku eliminacji niepewności. Ot taki proces produkcji dajmy na to ajfonów czy innych bułek ma przebiegać w sposób skrajnie przewidywalny. Pracownik ma być pewien, że żaden z kolejnych przedmiotów przyjeżdżających na taśmie go nie zaskoczy. Ma też dobrze wiedzieć, co zrobić, żeby kolejny pracownik też nie był zaskoczony widokiem przedmiotu, który został dostarczony do gniazda, w którym pracuje. I tak dalej. W podręcznikach tych często podkreśla się, że niepewność prowadzi do chaosu i strat. W tym świetle wiązanie „niepewności ze zwiększeniem wydajności” brzmi jak jakieś chore rojenia szaleńca albo standardowy neoliberalny bełkot (zazwyczaj trudno to rozróżnić), a nie coś co „może się okazać pradwą!”.

Podobnie przypatrując się procesom inwestycyjnym tych dużych można zauważyć raczej inwestycje pewne, w stylu nieodnawialnych lub odnawialnych źródeł energii czy nieruchomości. Tzn. inwestycje, które są ryzykowne jedynie w krótkim terminie, bo jakiś dyktator po sąsiedzku zrobi rozsprzedaż ropy celem pozyskania kasy na prowadzenie wojny, tudzież chwilowo nie uda się wywalić jakiegoś biedaka z dzielnicy, więc prestiż spadnie (dwa). Całość oczywiście wsparta lobbyingiem mającym za zadanie dalsze zwiększenie pewności. Jakieś bardziej ryzykowne inwestycje to chyba te na zasadzie loterii startupowej. Ot stawki w lotto są nazbyt niskie, więc rzućmy dla funu po parę baniek w co bardziej obiecujące start-upy2.

I wreszcie kwestia wydajności. Tutaj ważnym pytaniem jest „co to w ogóle jest ta wydajność?”. Wydajność sama z siebie jest trudno uchwytna, ale w praktyce biznesowej wykorzystuje się te tzw. KiPiaIki (kluczowe wskaźniki efektywności). Znowu spoglądając w literaturę dość szybko dotrzemy do ostrzeżeń, że zbiór KPI musi być konstruowany bardzo rozważnie. W przeciwnym razie presja na rosnące KPI bynajmniej nie przełoży się na lepszą wydajność, co wręcz przeciwnie, jej zaszkodzi. Wiemy też, że w przypadku szkolnictwa i nauki jest z tymi KiPiaIkami problem takiego typu, że szkolnictwo wyższe i nauka domyślnie nie są standardowymi procesami. Bo to drugie powinno być „cutting edge” i od razu wdrażane w to pierwsze. Bycie „cutting edge” oznacza bycie dwa kroki przed KiPiaIkami określającymi wydajność, bo zanim się je określi, to trzeba jeszcze przeszkolić ludzi z tego co aktualnie jest „cutting edge”. Ludzie Ci dopiero po tym przeszkoleniu będą ustalać KiPiaIki. Ale wtedy cutting-edge to będzie już coś innego. I tak w kółko.

Istotnie, obecne wskaźniki oceny pracy naukowo-dydaktycznej jako tako funkcjonują jedynie dla oceny publikacji w czasopismach naukowych we względnie dojrzałych dyscyplinach. W pozostałym zakresie jest znacznie gorzej. Najbardziej wartościowa rzecz, którą grupa trolli stojąca za lolkiem zrobiła w ostatnim roku (mierząc chociażby zainteresowaniem) jest z perspektywy tych ocen warta dokładnie zero. Przy czym możliwe było wykonanie tej rzeczy, tak aby była warta więcej niż zero. Ale wtedy nie byłaby szczególnie pożyteczna dla otoczenia. Owa grupa trolli zrobiła to co zrobiła tylko dlatego, że rak neoliberalizmu jeszcze tak do końca akademii nie spustoszył, więc za taką „woltę” owe trolle nie zostaną natychmiastowo wyrzucone z powodu braku „wydajności”. Oczywiście w odroczonym terminie dzięki ministrze Kudryckiej te trolle już wiedzą na bank, że z nauką i szkolnictwem się pożegnają.

Także Szanowny Panie Doktorze Marcinie Napiórkowski3. Proszę nie pisać, że nie wie Pan czy wydajność jest tym, czego oczekujemy od naukowców, skoro powszechnie wiadomo, że jedyny skutek wdrażania metod zarządzania adekwatnego być może w produkcji ajfonów, w przypadku nauki i szkolnictwa wyższego może być wyłącznie szkodliwy.

Outsourcing core biznesu nie brzmi kusząco, a redundancja funkcjonalności jest zwyczajnie kosztowna

Przytoczmy kolejny fragment:

Dziekan zamawia kursy u „operacyjnych jednostek uczelni”, te z kolei – ogłaszają konkursy i przetargi dla wykładowców. Uczelnie rywalizują o talenty, uczeni – o granty. Wszyscy ścigają się ze wszystkimi, każdy może się okazać twoim wrogiem, przetrwają tylko najsilniejsi…

i dalej

Wedle ekspertów z Instytutu Allerhanda na każdym uniwersytecie powinno nawet działać kilka zespołów pomocy technicznej i finansowej w obsłudze grantów, które „konkurowałyby ze sobą jakością obsługi, rzetelnością wsparcia oraz kulturą organizacyjną, te zaś, które nie spełniałyby należytych standardów, byłyby likwidowane”. Działy księgowości konkurujące o względy naukowców?! Muszę powiedzieć, że ten punkt akurat brzmi kusząco.

Trzeba przyznać, że są to niezwykle ciekawe1 fragmenty. Jak myślicie co na to książki do zarządzania operacyjnego podmiotami prywatnymi? Oczywiście w literaturze tej jest wiele „innowacji”, bo w tej działce nawet najdrobniejsza zmiana jest sprzedawana, jako wielka innowacja (czegoś podobnego zresztą należy się spodziewać w nauce, gdy już neoliberalny rak ją w całości opanuje). Niemniej jednak w ogólności zarysowuje się tu rekomendacja, by rzeczy kluczowe dla biznesu robić samemu lub wchodzić w długotrwałe i dość bliskie relacje kontraktorami. Z ostatnich pomysłów promujących takie podejście można wymienić chociażby outsourcing zaangażowany.

Powtórzmy – radosna przetargoza nie jest mile widziana w przypadku core biznesu nawet kosztem generowania trochę wyższych kosztów. Wskazuje się wręcz na niebezpieczeństwa wybrania wykonawcy, który oferuje kiepską jakość lub w ogóle nie zrealizuje zadania, co w przypadku core biznesu oznacza natychmiastowy koniec firmy lub wielomilionowe straty. Na radosną przetargozę można sobie pozwolić np. w biurach obsługi klienta, gdy wiadomo, że „klienci” i tak będą korzystać z naszych usług (gdybyście zastanawiali się dlaczego mechanizmy zgłaszania nieodpowiedniego kontentu na fejsikach działają, jak działają). Albo, gdy wiadomo, że nic szczególnie złego z tytułu niewykonania pracy się nie stanie.

Wydawać by się mogło, że core biznesem uczelni jest uczenie. Najwyraźniej nie dla neoliberałów. Zresztą efekty corocznego kontraktowania wykładów są już dziś typową praktyką części prywatnych uczelni wyższych. Więc już dziś empirycznie wiemy, że praktyki te przyczyniają się do obniżenia poziomu kształcenia, a nie do jego podniesienia. Dzieje się tak dlatego, że przygotowanie i utrzymanie dobrego poziomu wykładu, to praca ciągła i długotrwała. Pierwszy kurs zazwyczaj jest średnio udany. Z drugiej strony po co się męczyć, skoro nie wiadomo czy za rok też dostanie się kontrakt na ten przedmiot. Może zapotrzebowanie będzie akurat na inny. Jeszcze trudniejszą rzeczą jest utrzymanie spójności przekazywanych treści. Radosne kontraktowanie wykładu co rok komuś innemu jest niekorzystne z perspektywy jakości całego kierunku studiów, gdyż szybko pojawia się z jednej strony redundancja, a z drugiej strony dziury. Ale kto by tam się przejmował jakością, w sytuacji gdy wystarczy utrzymać w ludziach przekonanie, że dowolny dyplom uczelniany jest wart więcej niż brak takiego dyplomu.

Przechodząc dalej, propozycja duplikowania całych działów to już w ogóle jakieś kuriozum. W literaturze dla podmiotów prywatnych nikt na serio nie proponuje, by stworzyć sobie na raz kilka działów księgowości konkurujących o jakieś względy, gdyż wie, że oznacza to kilkukrotny wzrost kosztów, którego zwyczajnie nie zrekompensuje mityczny „wzrost konkurencyjności”. Owszem zdarza się, że jakaś praca jest dzielona pomiędzy kilka podmiotów i po ewaluacji ktoś w następnym okresie dostaje więcej zadań (za wyższe wynagrodzenie), a ktoś inny mniej. Na tej zasadzie zostały gdzieniegdzie urynkowione działy wsparcia w pisaniu grantów. Ot można skorzystać za opłatą z usług takiego uczelnianego działu albo usług jednej z konkurencyjnych firm działających na rynku. Efekt jest oczywiście taki, że naukowcy nie korzystają z niczyich usług, bo jest to z ich perspektywy zbyt drogie. A to dlatego, że z jednej strony generuje koszty, które nie gwarantują zwrotu w postaci punktów (są zbyt ryzykowne), więc przy niskich budżetach lepiej przeznaczyć je na coś innego, co na 100% da punkty w ewaluacji i pozwoli uzyskać finansowanie w kolejnych latach. Z drugiej strony procedury grantowe utrudniają wydatkowanie środków niezwiązanych z tymi grantami (czyli na przygotowania do złożenia kolejnego wniosku grantowego), a środków, które można wydawać „wedle uznania” w spustoszonej rakiem neoliberalizmu ugrantowionej nauce nie ma szczególnie dużo.

Pomarzmy o Paniach z dziekanatu bardziej na serio

Kontynuacja rozważań z poprzedniego akapitu wygląda następująco:

W rozmarzeniu pomyślałem sobie nawet o kilku „Paniach-Z-Dziekanatu” rywalizujących o sympatię studentów. Ci pracownicy, którzy załatwialiby sprawy studentów najwolniej lub po prostu bez dostatecznego entuzjazmu i szerokiego uśmiechu, wylatywaliby na koniec każdej sesji z hukiem przez czarcią zapadkę. Uczelnia mogłaby zarobić dodatkowe pieniądze transmitując zmagania na żywo na nowym kanale TVN Edukacja jako reality show „W dziekanacie”. Czemu nie?

W rozmarzeniu pomyślmy o tym, jakie są realne możliwości stworzenia konkurencyjności „Pań-Z-Dziekanatu”. Ano są takie, że chętnych jest wiele, a budżet przewidziany tylko dla jednego. Inaczej tego nasze niezbyt bogate uczelnie nie mogłyby zorganizować z braku środków. Sytuacja ta wymusza pewien specyficzny rodzaj umowy – „na akord”. Z tą różnicą, że zamiast truskawek „do koszyka wrzuca się obsłużonych studentów” oraz, że czas zbierania jest z góry ustalony, więc nie można po zebraniu wszystkiego przenieść się na inne „pole”. W praktyce oznacza to tyle, że ktoś może całe tygodnie być na miejscu pracy za darmo, bo akurat nie pojawił się chętny student. Ot taka najbardziej śmieciówkowa forma śmieciówkarstwa. W przypadku zespołów grantowych rywalizujących o granty sprawa staje się jeszcze bardziej absurdalna. Już dziś finansowanie grantów jest tak niskie względem składanych wniosków, że w żartach mówi się, że system ten przypomina raczej grę w totka. Po zwielokrotnieniu zespołów piszących na zawody wnioski relacja ta jeszcze bardziej zacznie przypominać kupowanie losów na loterii. Więc praca w takim zespole już niczym nie będzie się różnić od oferty „Zatrudnię osobę do kupowania dla mnie losów na loterii. Zapłacę tylko od tych wygranych”. Może pomińmy tu kwestie tych różnych krzywych uczenia się i selekcji negatywnej związanej z tym, że przy takich warunkach zatrudnienia nawet oferty rwaczy truskawek wydają się być intratniejsze. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jeśli o lolka chodzi to czuje dość poważny dyskomfort wyobrażając sobie ludzi prześcigających się wzajemnie o to, by mieć na kromkę chleba czy trochę węgla, by móc się zimą ogrzać. Rozumie jednak, że jest to kwestia gustu, więc wszystkim fascynatom takich wizji może zarekomendować jedynie dostarczające zbliżonych wrażeń kawały o Hansie i Żydach4.

Tytułem podsumowania

Nawet moje najbardziej perwersyjne fantazje nie są jednak w stanie sprostać wyobraźni autorów rzeczywistych projektów założeń do ministerialnej „Ustawy 2.0”, w których czytamy np. o wprowadzeniu konkurencyjnego, wolnego rynku… sal wykładowych, na którym akademicy rywalizować będą o miejsce do prowadzenia zajęć i badań: „nastąpi urynkowienie niektórych dóbr, takich jak na przykład pomieszczenia: jeśli operacyjne jednostki organizacyjne uczelni otrzymają – zamiast pomieszczeń – środki na ich wynajęcie od uczelni, wówczas pomieszczenia trafią do tych, którzy rzeczywiście najbardziej ich potrzebują.”1

Jak już lolek mówił, gdzieniegdzie jest to już wprowadzone. Ta rekomendacja nie jest taka zła. W systemie, w którym płaci się od nauczanej głowy studenta powoduje właśnie tyle, że racjonalizują się roszczenia wydziałów co do zapotrzebowania na przestrzeń wykładową. Czasem aż za bardzo, ale pamiętajmy o tym, że ten beton trzeba zwyczajnie utrzymywać w dobrym stanie, co kosztuje. Taka zmiana spowoduje więc tyle, że w centrali będą widzieć jakie są rzeczywiste potrzeby i czy w związku z tym należy lać więcej betonu czy też raczej go upłynniać na rynku. Owszem, w przypadku badań naukowych może powodować to większą preferencję na badania, które nie wymagają przestrzeni. Sprzyja też pomysłom upychania naukowców i doktorantów niczym sardynek. Ale to akurat nic nadzwyczajnego w porównaniu do praktyk biznesowych, gdzie poziom zagęszczenia pracowników jest ograniczony jedynie regulacjami5.

Na zakończenie

Poczucie nieustannego zagrożenia utratą tego, co już się ma, i konieczność ostrej rywalizacji o nowe zasoby może faktycznie zwiększyć wydajność mierzoną np. liczbą publikacji. Nie ma to, jak dobry deadline.

Dobry deadline może zwiększyć co najwyżej liczbę mało wartościowych publikacji prezentowanych na śmieciowych konferencjach. Jeśli przyjrzymy się rozwojowi nauki w ostatnich latach, to zapewne wyjdzie nam, że tak właśnie robi.

Wszystkie te zjawiska łączy jedna logika: oświecenie samo stwarza grunt pod krzewienie tego, co ciemne, mroczne, przeciwstawne rozumowi. Tak jest i tym razem: logika rynkowej racjonalizacji posunięta poza pewną granicę przestaje sprzyjać rozumowi, stając się fetyszem, totemem, przedmiotem kultu i dostarczając żyznego podglebia, na którym kiełkować mogą przesąd i ideologia.

Lolek widzi sprawy trochę inaczej. W jego opinii oświecenie nie stwarza gruntu pod ociemnienie. W ociemnieniu widać wyraźny interes pewnych grup. Ale ten interes nie pojawił się wczoraj, lecz istnieje przynajmniej od tysięcy lat. Może więc czeka nas powrót do średniowiecza, ale to nie za sprawą oświecenia, lecz co najwyżej podmiotów podających się za oświecone. Do podmiotów tych lolek zalicza oczywiście neoliberalizm, który w przeciwieństwie do nawołującego do powrotu krula kucliberalizmu deklaruje właśnie oświecenie i racjonalność – nie mając z tym jednocześnie zbyt wiele wspólnego.

Ech, lolek odnosi wrażenie, że mitologia współczesna chciała dobrze. Niestety tak do końca jej się to nie udało.

 

 


  1. Tzn. nie jest ciekawe. Wiadomo, że chodzi wyłącznie o transfer ryzyka z silniejszych na słabszych. A te wszystkie bajeczki o tym, że niepewność rzekomo napędza jakiś rozwój są bajeczkami właśnie. No ale jakoś trzeba było ten akapit zacząć. 
  2. Tajemnica sukcesu start-upa tkwi w skutecznym przekonaniu „inwestorów”, że sukces ten nastąpi. Wytworzył się wokół tego już całkiem spory przemysł, który każdego dnia donosi, że „samochody autonomiczne już jutro” oraz o innych tego typu pierdołkach. 
  3. No chyba, że ktoś się pod Pana na tym blogasku podszył. Wtedy lolek przeprasza. 
  4. Jako, że wpisanie takiego hasła w wyszukiwarkę nieuchronnie prowadzi na fora emanujące rasistowskim strumieniem żygowi… eee świadomości, to lolek nic nie podlinkuje, pozostawiając jedynie co smakowitsze kąski poniżej:
    1. „Grupa żydów w obozie udaje się do Hansa:
    – Hans zbuduj nam basen, tak nam się nudzi.
    – Nie zbuduję wam basenu.
    – Hans, ale ty taki dobry jesteś, zbuduj nam basen.
    Hans w końcu zbudował basen, ale zamiast wody wlał kwas solny. Zawołał żydów i mówi:
    – Wskakujcie, który pierwszy dopłynie, wygrywa wolność.
    Żydzi płyną, nagle jeden mówi:
    – Hans, ale ty nas rozpuszczasz.”
    Heheszek
    2. „Hans do żydów:
    – „Dzisiaj organizujemy wyścig. Ten, który dobiegnie pierwszy i ten, który dobiegnie ostatni, zostanie rozstrzelany.
    Żydzi radocha, a Hans kontynuuje:
    – Pierwsza dwójka na start.”
    Niachniaszek 
  5. Stąd wniosek, że kucliberałowie tak zasadniczo to cenią sobie bliskość, bo po ostatecznym wyrugowaniu socjalu będą w tych swoich call center stać sobie wzajemnie na głowach, takie cuda, jak krzesło widząc tylko w folderach reklamowych, jeżeli akurat taki asortyment będą gawiedzi wciskać 
Advertisements
Czym Lolek para się zawodowo?

3 uwagi do wpisu “Czym Lolek para się zawodowo?

  1. teogderyk pisze:

    Ale trolle stojące za blogobytem o kryptonimie lolek dealera zmieniły ostatnio, czy cuś? 😉

    Zgadzając się z tezami dotyczącymi wpływu niepewności na wydajność, zarówno w pracy „przy taśmie”, jak i tej polegającej na rozmyślaniach o niebieskich migdałach, odnoszę wrażenie, że lolek, w swojej argumentacji, popełnia błąd ekwiwokacji. Podręczniki, na które powołuje się lolek, zdają się zalecać żeby zorganizować robotę tak, aby dany prol zawsze wiedział co ma robić z proto-gadżetem, który trafił w jego ręce. Czyli raczej chodzi o niepewność związaną z ewentualnym brakiem wiedzy/kompetencji co z danym fantem zrobić. Natomiast autorowi linkowanego artykułu, jak i chyba samemu lolkowi, chodzi o niepewność zatrudnienia, mającą zmotywować proli od myślenia do podniesienia „wydajności z hektara”.

    A tak w ogóle, to mam wrażenie, że lolek, wbrew własnemu założeniu, bardziej polemizuje z tezami Instytutu Allerhanda niż autora linkowanej noci. Nie mniej, szczerze doceniam wysiłek w pokazywaniu, że neoliberalizm roi się od wewnętrznych sprzeczności.

    Lubię to

    1. Hmmm…. gorzej, niedługo będzie dwa lata, jak Lolek rzucił fajki. Czyżby miało to jakieś złe strony? Hmm…

      Jeśli chodzi o błąd ekwiwokacji, to skądże, to tylko efekt wzięcia sobie do serca neoliberalnego pierdololo o tym, by sferą publiczną zarządzać niczym firmą. Jako, że sam neoliberalizm odchodzi tu od własnych pryncypiów, to Lolek stara się to naprawić ;-P . Co do niepewności, to podręczniki zdają się mówić o każdej niepewności. Przy czym stojące za nimi podejścia były raczej tworzone w dobie silniejszych praw pracowniczych, więc starały się wykorzystać pozytywy takiego stanu rzeczy (większe przywiązanie robola do firmy). Zresztą w Polsce menedżerowie ostatnio zdaje się też się przekonali o tym, jak w rzeczywistości na proli działa „niepewność jutra”. Tzn. po tym jak przyjechały (i zaraz sobie pojechały) prole z Ukrainy, które też wychodziły z założenia, że ta praca jest tylko tymczasowa. Lolkowi wydaje się, że w uśmieciowieniu jednak bardziej chodzi o transfer ryzyka niż o jakiś wzrost wydajności pracy. A w przypadku sfery publicznej chodzi wręcz o spadek wydajności (taka lolkowa teoria spiskowa) i możliwość zapewnienia sobie pewnych zysków gwarantowanych przez państwo. Stąd neoliberalna pochwała niepewności pracy oraz przetargozy jest w tej sferze bardzo silna.

      Aha, Lolek potwierdza. Nic osobiście nie ma do autora linkowanej noci. Interesuje go wyłącznie zwalczanie neoliberalnych mitów. Lolek z góry przeprasza, jeśli autor linkowanej noci odebrał to inaczej.

      Lubię to

      1. teogderyk pisze:

        Jeśli chodzi o spisek, to ja w też w tym przypadku dumnie zademonstruje mój tinfoil hat. W kraju, gdzie obecnie przebywam, neoliby różnej maści forsują tzw. charter schools, tj. prywatne placówki edukacyjne finansowane z państwowego budżetu. Jak zwykle bywa w takich przypadkach, pojawia się co raz więcej twardych danych, że tak naprawdę za całym tym freedom of choice kryje się transfer publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni (w niektórych przypadkach lwią część kosztów funkcjonowania pochłania czynsz) i chęć szerzenia jedynie słusznej religii (te szkoły nie podlegają, oczywiście, takim samym regulacjom jak szkoły publiczne więc można np. nauczać bajeczek o inteligent design i innych farmazonów). A to wszystko obywa się przy równoczesnych cięciach wydatków budżetowych na szkoły publiczne.

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s