Polska tragedia

Trzeba przyznać, że Polacy są narodem tragicznym. Ów tragizm jest bezpośrednim następstwem lobotomii, którą przeprowadziła na społeczeństwie prawica. Niestety nie wiadomo czy ten zabieg da się w ogóle odwrócić, czy też już zawsze będziemy świadkami polskiej tragedii.

Akt 1. Czy prawo własności uprawnia do radosnego niszczenia środowiska?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak, a potem zdziwi się, że jak to się mogło stać, że posesję sąsiada wykupiła jakaś firma krzak i zorganizowała tam wysypisko toksycznych odpadów. Więc zamiast zapach kwiatów wszyscy dookoła czują smród zgnilizny, a jedynym gatunkiem czującym się w tym środowisku komfortowo są karaluchy. Wtedy Polak się zazwyczaj pyta „gdzie było państwo?”. No więc państwa nie było na Twoje własne życzenie mówiące, że własność to wolność. Zresztą dajmy szansę na obronę owemu krzakowi. Mówi, że nie ma wpływu na to jak wieje wiatr, a tych karaluchów ani nie zapraszał, ani teraz nie rozporządza, którymi ścieżkami chodzą.

Akt 2. Czy prawo własności upoważnia do zniszczenia całego gatunku?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak wycinając drzewo na własnej posesji. A potem zdziwi się, że jak to się mogło stać, że pszczół coraz mniej. Istotnie akt pierwszy od drugiego różni się tylko tym, że typowy poziom ignorancji pozwala mimo wszystko zobaczyć zło tego pierwszego, bo w tym drugim zależności są bardziej skomplikowane. Do tego trzeba dołożyć też to, że o ile typowa klasa wyższa (właściciele firmy krzak) ziemię postrzega w kategoriach dobrego biznesu, tak dla klasy średniej jest to cenny zasób, więc nie pozwoli sobie na zrobienie z posesji wysypiska śmieci. Inne też będą motywacje do wycinki drzew. W przypadku klasy średniej to prędzej kwestia uniknięcia kosztów przewrócenia się takiego drzewa na dom czy samochód. Pytanie do lewicy jest to więc takie „na ile uwspólniamy też przyrodę od strony kosztowej”? Darmowa straż pożarna, powszechne ubezpieczenie od NNW czy tylko trzymanie buciora na firmach ubezpieczeniowych, żeby te przypadkiem nie liczyły sobie wyższych stawek od każdego drzewka na posesji i żeby zanadto się potem nie wykręcały od płacenia odszkodowań? A może wystarczy niczym Leszek Miller Włodzimierz Cimoszewicz powiedzieć – „trzeba było się ubezpieczać” i na tym zakończyć temat?

Akt 3. Czy prawo własności upoważnia do zniszczenia dziedzictwa?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak, a potem zdziwi się, że ktoś dostał jedynie pięć stówek mandatu za wycięcie dębu Bartek.

Akt 4. Czy sprawy, eee, nazwijmy to duchowe są ważniejsze od cielesnych?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak kwitnąc w kolejce do lekarza i podziwiając przez okno złocenia na nowym, monumentalnym kościele.

Akt 4.1. Czy swoboda działalności gospodarczej jest ważniejsza od zdrowia publicznego?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak – „Dlatego tak bardzo podziwiamy skrajnie proepidemiczne pomysły niepłacenia za chorobowe. A i ludzie identyfikujący się z lewicą wolą raczej trollować mamuśki na forach dla ludzi po przejściach z polską służbą zdrowia i wyzywać je od neandertalczyk, bo te nie chcą przyjąć oczywistej prawdy, że dla ich dzieci lepszym rozwiązaniem jest się zaszczepić i zostać w związku z tym wywalonym przez komornika z mieszkania, gdyż pracodawca obciął mamuśce wynagrodzenie o 40%, bo ta wzięła 1 dzień L4, gdyż dziecię po szczepionce miało gorączkę, więc nie spłaciła mini-ratki, niż nie zaszczepić, co może wiązać się z pewnym prawdopodobieństwem wystąpienia poważnej choroby w odległej przyszłości”. Dlatego o pomysłach, by za obniżanie wynagrodzenia z tytułu chorobowego nakładać wielomiliardowe kary da się przeczytać jedynie na skrajnie niszowych blogaskach. Co? Że niby wielomiliardowe kary to za duże są? Ciekawe czy będziesz tak samo mówić, jak Ci pół rodziny umrze przez epidemię wywołaną w jakiś miejscu pracy, w którym „nie tolerowano zwolnień lekarskich”. No chyba, że jesteś tym wielkim akcjonariuszem na co dzień rezydującym na prywatnej wyspie. Wtedy Lolek przeprasza i łączy się w bólu z powodu możliwości straty 0,5% zysków przez takie pomysły.

Akt 5. Czy swoboda działalności gospodarczej upoważnia do zniszczenia zdrowia i dobytku setkom tysięcy ludzi?

„Oczywiście, że tak” – zakrzyknie Polak – dlatego w sporze transportów prywatnych (Uberów) z transportem publicznym jestem po stronie transportów prywatnych” – dokończy stojąc radośnie w korku i wesoło trąbiąc na współtowarzyszy kongestii. Aktów polskiej tragedii jest wiele, ale tym lolek chciałby zająć się bliżej, gdyż to właśnie tu lewica pokłada pewne nadzieje na odrodzenie. A to dlatego, że dość wyraźnie widać tu, że standardowe prawicowe podejście zrzucania wszystkiego na słabszego w tym przypadku nie zadziała. Nieważne ilu nie przyjmiemy uchodźców czy jak dużo bardziej upokorzymy bezdomnych, czy też wzmożony cierpienie ciężarnych. Drogi od tego nie poszerzą się ani o milimetr. Można by kombinować tu z redukcją do zera chodników i nieistniejących ścieżek rowerowych. Tyle, że wtedy nie byłoby gdzie parkować. Zostaje tylko zadarcie z właścicielami świętej własności prywatnej, a oni już tacy słabeusze nie są. W rzeczy samej, Twoje stanie w korku nie jest niczym więcej niż ceną, którą Twój pracodawca jest gotów zapłacić. Jest też gotów zapłacić cenę w postaci tego, że jeździsz bez ubezpieczenia, bo hej wtedy może Ci mniej płacić. Przełknie też to, że wracając do domu przyśniesz za kierownicą i kogoś zabijesz, a stojąc w korku wdychasz smog, który sam tworzysz. To wszystko to dla niego koszt zewnętrzny, a w tym sporze to Ty jesteś tym bezdomnym, którego rolą jest bycie trollowanym, żeby udobruchać innych. Oczywiście Twój szef nie będzie się tymi kwestiami przejmował tak długo, jak długo sam będzie mógł przyjeżdżać do biura poza godzinami szczytu oraz firmowa działalność transportowa będzie się działa poza tymi godzinami szczytu. Gorzej, jeśli te korki rozleją się poza godziny szczytu. Wtedy wszyscy dowiedzą się, dlaczego transport jest nazywany układem krwionośnym miast. Słowa zawał, udar i martwica będą wtedy odmieniane przez wszystkie przypadki. Najbardziej stratni będą wtedy oczywiście kredyciarze, którzy przekonają się, że ich nieruchomość w martwiczym otoczeniu jest warta mniej niż jednomiesięczna rata. Chociaż i rentierzy potracą swoje renty (które szybko odbiją sobie posiadłościami pozamiejskimi1).

Tak więc kwestia transportu w miastach i poza nimi ma pewien potencjał połączenia interesów różnych grup, co daje nadzieję na silną reprezentację polityczną. Coraz szersza jest świadomość tego, że inne gałęzie transportu niż samochód, są efektywniejsze jeśli chodzi o liczbę przewiezionych osób na metr szerokości drogi. Większy problem w tym, jak odsamochodowić transport przerzucając go np. na zbiorówkę. Tu już neoliberalna lobotomizacja zrobiła więcej złego, więc nie każdy potrafi poprawnie wybrać, która opcja jest lepsza. A opcje są dwie.

  1. Ukochany w Polsce model liberalny (sic!)2, w którym zakłada się, że wolny rynek wszystko załatwi, więc trzeba liberalizować i deregulować na potęgę. Oczywiście model ten kończy się tym, że firmy starają się wyżreć wisienki, czytaj walczą na obleganych relacjach na pozostałych pozostawiając transportową pustynię, na pokrycie której strony publicznej zwyczajnie nie stać. Powstają więc dziury w ofercie, które powodują, że ludzie przesiadają się do samochodów, bo z ich perspektywy wystarczy, że istnieje jeden króciutki odcinek w łańcuchu podróży, którego nie da się przejechać transportem publicznym, by transport ten miał zerową atrakcyjność, a całość podróży odbyła się prywatnym samochodem osobowym.

  2. Model znany z krajów mniej zlobotomizowanych neoliberalizmem, w którym rynek transportu się reguluje, dając niektórym firmom pewien monopol na usługi transportowe w zamian za wymóg, by usługi te były świadczone w szerszym zakresie, np. w miejscach, w których zaistniałaby wolnorynkowa pustynia. Firmy te dzięki temu, że nie muszą się wyniszczać kosztowo w bardziej popularnych miejscach, są bardziej skłonne podjąć się świadczenia usług w miejscach mniej rokujących3. To oczywiście powoduje, że więcej ludzi w ogóle rozważa transport publiczny, jako alternatywę dla samochodu. No ale to jakiś ultralewacki model w którym nie wychwala się bożka „konkurencyjności”.

Więc jeśli obruszyłeś się na taksówkarzy, bo zakorkowało Ci miasto, to wiedz, że Twoja wymarzona uberyzacja transportu w dłuższej perspektywie doprowadzi do jeszcze większego zakorkowania. Takie są naturalne konsekwencje Twoich przekonań.

Oczywiście zwiększenie udziału transportu zbiorowego napotyka na jeszcze jedną barierę – elastyczność. Ale o tym może w innym odcinku.


  1. To swoją drogą ciekawy przykład tego, jak wzrost PKB może wiązać się ze spadkiem postrzeganej (a może i rzeczywistej) jakości życia. Kiedyś w czasach bardziej zrównoważonego rozwoju (tj. fabryczek w każdej wiosce spotykanych jeszcze za komuny) wiele osób po pracy mogło sobie iść za friko poodpoczywać do pobliskiego lasu czy łąki, tudzież parku w mieście lub przydrożnego rowu. Potem przyszła moda na rozwój polaryzacyjno-dyfuzyjny, skutkujący wymyciem miejsc pracy z prowincji i w polskich warunkach dość dziką urbanizacją w obrębie aglomeracji. Robole więc zaczęli przenosić się do miast, by pracować w tamtejszym smogu, a rentierzy zaczęli wykupywać za półdarmo ziemię na prowincji… po to by urządzać tam agroturystykę, z usług której mogli skorzystać robole, które wyjechały wcześniej do miasta. PKB na pewno wzrósł, ale czy robole poczuły się szczęśliwsze, to już nie jest takie pewne. Bo zdrowsze od życia na co dzień w smogu to raczej nie. 
  2. Myślę, że nie ma się co dziwić, że niektórzy na słowo „liberalizm” reagują alergicznie. 
  3. Tzn. Lolek wie, że w Polsce przez pewien czas istniały takie regulacje monopolizujące, które łączone były z okrajaniem usług transportu zbiorowego. No cóż, w końcu jednym z elementów przekonywania ludzi do neoliberalizmu było i jest wykoślawianie innych podejść. Bez względu na cenę, jaką wszyscy za to prędzej czy później zapłacą. Zresztą bez cięć w dotacjach dla transportu zbiorowego nie dałoby się porobić ulg dla najbogatszych – czyli tych, którzy najwięcej zyskują na tym, że siła robocza ma jak dojechać do miejsc pracy. 
Advertisements
Polska tragedia

12 uwag do wpisu “Polska tragedia

  1. teogderyk pisze:

    Niestety znów się z Lolkiem całkiem całkowicie zgadzam. Mógłbym tylko dodać, że opisywana w poście ta, swoiście polska, postawa filozoficzna ma chyba już nawet oficjalną nazwę, warzechizm. 😉

    Poza tym zaintrygował mnie Akt 4.1. W sensie, w pełni się zgadzam z postulatem nałożenia wielomiliardowych kar za uchylanie się od płacenia chorobowego. Jednak bardziej mnie się rozchodzi o tych lewicujących trolli. Czyżby Lolek „otarł” się o znany proszeczpionkowy blog, którego nazwy nie będę wymieniał, i jego komentariat? Żeby nie było, jako tamtejszy wieloletni lurker, muszę przyznać, że wiele im zawdzięczam (jako lewak). Jednak dokonałem aktu apostazji w momencie kiedy się okazało, że true(tm) lewicowiec używa tylko ajfona i makbuka, jeździ na ostrym kole, pije latte w Starbaksie, oraz, jak się okazało zupełnie niedawno, jeździ Uberem.

    Jak Lolek nie mam pojęcia o czym mówię, to też git. Po prostu, internety muszą być większe niż mi się czasem wydaję. 😉

    Lubię to

    1. Niestety Lolek nie kojarzy, o który blog chodzi, tyle tego w internecie lata. Memy z neandertalczykami to widział chyba na jakiś zwyczajnych fejsbukowych profilach. W końcu łatwiej jest wyśmiać i jest to nośne, a do tego od razu czyni członkiem „elitarnej” grupy oświeconych lemingów, którzy obcięli kołtun. Niestety jest to też zupełnie nieskuteczne.

      Definicja prawdziwego lewicowca przypomina mi swoją drogą definicję hipstera stworzoną przez jakąś agencję reklamową na potrzeby pompowania start-upów z branży informatycznej. Czyżby ten blog był związany jakoś z jednym z tych pisemek „zachwycających się” nowinkami w IT?

      Lubię to

      1. teogderyk pisze:

        Nie, nic z tych rzeczy. Blog, o którym pisałem, prowadził walkę z szeroko rozumianym alt-medem, a więc i z proepidemikami. Z tymże walka była prowadzona nie za pomocą memów, ale sążnistych, acz rzeczowych, noci z licznymi odniesieniami do literatury fachowej. Co nie zmienia faktu, że w komentarzach bezlitośnie ciśnięto bekę z mamusiek twierdzących, że szczepionki to autyzm, rtęć i przetworzone ludzkie płody.

        I z tą hipsterką Lolek trafił w dziesiątkę! Sądząc po licznych komentarzach, część tamtejszych regularsów to byli (wtedy) młodzi, zamożni ludzie z dużego miasta i część z nich dokonywała iście cyrkowych wolt intelektualnych mających na celu pogodzenie głoszonych lewicowych poglądów z radosnym, praktykowanym na co dzień, konsumpcjonizmem i pogardą wobec ziutków z Pierdziszewa, że użyję jednego z ulubionych określeń pierwszego związkowca w dużej spółce wydawniczej.

        Lubię to

      2. No cóż, Lolek też taki był, a nawet bywa. Chęć polepszenia sobie humoru kosztem słabszego w tym przesiąkniętym prawactwem kraju jest uznawana wręcz za pożądaną. Mało jest innych wzorców, do wielu rzeczy trzeba dochodzić samodzielnie.

        Lubię to

  2. Michał pisze:

    Przepraszam, ale nie zgadzam się z częścią antyszczepionkową. Na ile znam to środowisko (a mam jego przedstawicieli w rodzinie), na tyle mogę powiedzieć, że są to w dużej mierze przedstawiciele lower / middle middle class. Brak kompetencji kulturowych połączony z ambicjami potrafi dać dość dramatyczne skutki. Jasne, nie usprawiedliwia to w sposób żaden klasistowskiej pogardy, nawet jeśli nie do końca słusznie wymierzonej.

    Lubię to

  3. teogderyk pisze:

    Nie ma za co przepraszać! Też mi się wydaję, że statystyczne antywacki to raczej wykształcone białasy z szeroko rozumianej klasy średniej, tej middle i upper middle. Nie znalazłem badań dotyczących sytuacji w Polsce, ale są kwity na to, że jest tak Kalifornii (1, 2). Jednak Stany to duży kraj więc nie wiem na ile te wyniki można uogólnić na całość populacji. Choć np. to opracowanie sugeruje, że może być podobnie.

    Jednak z tego badania wynika, przynajmniej dla mnie (przy zastrzeżeniu, że analiza badań socjologicznych it’s not my forte, not even close), że różnice w stopniu stygmatyzacji osób, które nie szczepią swoich dzieci, słabo zależą od powodu nieszczepienia. Co więcej, autorzy podkreślają, że jest generalnie tak jak, nie raz, mówił lolek, najbardziej na tym cierpią najsłabsi, tj. dzieci antywacków.

    Także choć też mnie krew zalewa jak słyszę o szczepionkach powodujących autyzm, zabójczym triomersalu i spisku big pharmy, to wychodzi, że ograniczenie się do lolania z takich ludzi przynosi efekt odwrotny od zamierzonego. Co robić? Szczerze powiedziawszy, tak do końca nie wiem. Zacisnąć zęby i spokojnie, po raz n-ty, starać się wyjaśnić oczywiste oczywistości?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Do rodzinnych dyskusji raczej się to nie przyda. W rodzinne dyskusje lepiej się zanadto nie angażować. Wystarczy dać do zrozumienia, że się tych bredni nie podziela. To raczej poradnik dla popularyzatora nauki. Tyle, że w Polsce popularyzacja nauki została uznana już dość dawno temu za nieróbstwo. Zostają tylko Razemki, które mogą na tym próbować zbijać kapitał polityczny. Trochę podłączą się pod Misiewicza, więc zgodnie z tym tekstem jest szansa, że coś ugrają dla siebie ;-).

      Lubię to

      1. teogderyk pisze:

        Chyba nie do końca się z lolkiem zgadzam. Konkretnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ten poradnik może się przydać jedynie popularyzatorom nauki. W końcu opisuje on np. dość uniwersalne mechanizmy poznawcze, działające na naszą niekorzyść, podczas prób przekonania innych osób do jedynie słusznych, tj. naszych, poglądów, oraz jak sobie z nimi radzić. 😉

        Ponadto pokazuje, że, niejako instynktownie przyjmowany za słuszny, model deficytu informacji jest błędny. Tak więc, tak jak pisał lolek w kolejnej notce, nie ma co zamieniać dyskusji w ring bokserski, bo odniesie to odwrotne, do oczekiwanych, skutki. Dodatkowo wiedza, że niekoniecznie te ludzie takie gupie, tylko natrafiamy na nasze naturalne ograniczenia, może pozwolić na lepsze kontrolowanie poziomu frustracji i zachowanie zen podczas „krucjat” o Piękno i Dobro.

        Jeśli chodzi o Razemki i Misiewicza, to niech lolek zapewni jakiś dodatkowy kontekst, rzuci jakimś linkiem, bo nie mam najmniejszego pojęcia do czego lolek pije.

        Lubię to

      2. W tym sensie zgoda. Natomiast w dyskusjach rodzinnych ani za bardzo nie będzie czasu i miejsca na wykorzystywanie grafik, ani tym bardziej na budowanie dłuższych wypowiedzi, w których gdzieś jest zagnieżdżony mit, a po jego obaleniu jeszcze alternatywne wyjaśnienie. Poza tym rodzinę ma się jedną, a wiara w jakieś farmazony, to jeszcze niekoniecznie najgorsze, co może się w takiej rodzinie przytrafić. No chyba, że mówimy o wierze, która bezpośrednio kogoś krzywdzi.

        Jeśli chodzi o Misiewicza, to prowadził kiedyś taki portal o dezinformacji. I w ogóle tamta strona lubi zarzucać takie rzeczy różnym układom. Tak sobie Lolek zażartował, że można by się pod to podpiąć na zasadzie częściowej zgody co do tego, że dezinformacja ma miejsce.

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s