Mobilność akademicka, czyli jak zniszczyć polską naukę

Wraca temat przymusowej mobilności akademickiej jako rzekomego panaceum na bolączki polskiej nauki. Istotnie, jeśli panaceum ma polegać na jej doszczętnym zaoraniu, to Lolek się zgadza (na nazwanie tego panaceum, a nie na zaoranie oczywiście).

1. Posłuchajmy, co mają do powiedzenia proponenci przymusowej mobilności (oczywiście tylko młodych pracowników nauki dodajmy)

Niestety przeciętny entuzjasta przymusowej mobilności (dodajmy przymusowej dla innych, a nie dla niego) ma w zanadrzu zazwyczaj tylko jeden argument – „bo tak”. Debata ma wtedy dość nużący przebieg. Np. „Jak przymusowa mobilność ma polepszyć polską naukę? – Bo tak”, „Jak przymusowa mobilność ma polepszyć dydaktykę? – Bo tak”, „Dlaczego uważa Pan, że cząstki nauki wiszą w powietrzu i tylko przemieszczając się można je wychwycić, a nie np. że wiedza jest w bibliotece i tylko siedząc na tyłku można ją przyswoić? – Bo tak”. Pewną modyfikacją takiej linii argumentacyjnej jest odwołanie do jakieś pozycji literaturowej, która stosuje argumentację „bo tak”, dajmy na to ewangelii wg św. Neoliberała.

Lolek musi przyznać, że ogarnia go smutek, gdy prowadzi takie dyskusje, bo jednak prowadzi je z ludźmi posiadającymi tytuły naukowe, po których można by się spodziewać jakiejś szczypty krytycyzmu, a nie bezmyślnego papugowania ulotek reklamowych ideologii neoliberalnej. Z drugiej strony nie można oczekiwać, by osoba, nawet z tytułem profesora, ale w innej dyscyplinie znała się na wszystkim, w tym na zarządzaniu uczelniami1.

Oczywiście niektórzy entuzjaści przymusowej mobilności podejmują jednak jakieś próby racjonalizacji tego bezsensu. Jednym z bardziej kuriozalnych przykładów, o których Lolek słyszał był taki, w którym stwierdzono, że przymusowa mobilność jest konieczna po to, żeby jeden profesor mógł „utrzeć nosa” drugiemu profesorowi nie przyjmując jego doktorantów i doktorów. Oczywiście pomysłodawca oczekiwał też rekompensaty finansowej, na wypadek gdyby ten drugi profesor upupiłby jego ludzi. Czyli, że mobilność akademicka jest potrzebna po to, by profesorowie znowu poczuli się, jak sześciolatkowie, a doktoranci i postdoki jak śnieżne kulki. Szczęśliwie ten pomysł był przedstawiony żartobliwie pod niecałkowitoliczbowym pseudonimem. Odkładając żarty na bok wydaje się jednak, że istotnie psychopaci, którzy dorobili się tytułu naukowego, byliby jednymi z głównych beneficjentów przymusowej mobilności młodych. Mianowicie mieliby ułatwiony dostęp do „świeżej krwi”, dzięki temu, że ich niesława jeszcze się aż tak nie rozprzestrzeniła. Względnie dlatego, że działają w aż takiej niszy, że zwyczajnie nie byłoby wobec nich alternatywy.

Entuzjaści przymusowej mobilności mówią też coś czasem o rozbijaniu uczelnianych układów. Nie mówią tylko tego, że chcą rozbijać sprawnie funkcjonujące zespoły badawcze, a wzmacniać mechanizmy korupcyjne i patologiczne. Dzieje się tak dlatego, że proponenci przymusowej mobilności często zapominają, że doktoranci czy młodzi doktorzy nie mają władzy. Nie mogą np. założyć własnej katedry. Są to jedynie szeregowi pracownicy (doktoranci to raczej szeregowi śmieciówkarze), którzy wykonują polecenia służbowe. I tak samo, jak rzucanie rozżarzonych węgli pod nogi niewolników ani nie zniesie niewolnictwa, ani nie spowoduje zwiększenia efektywności pracy, bo od jej organizacji jest ktoś inny, tak samo przymusowa mobilność doktorantów i postdoców nie spowoduje polepszenia się kultury organizacyjnej, gdyż za tę kulturę odpowiadają przede wszystkim Ci, którzy akurat już nie muszą się mobilizować. Pozytywne efekty są w tym miejscu zwyczajnie niemożliwe. Jedyne co jest tu osiągalne, to to, że paru tych lepiej rokujących młodych pracowników nauki zwyczajnie zrezygnuje z kariery akademickiej na myśl o tym, że będą musieli gdzieś jechać i użerać się z jakimś psychopatycznym cwaniakiem z tytułem profesora. Albo zrezygnują nawet szybciej, bo będą mieli dość podlizywania się miejscowej grupie trzymającej władzę, która będzie władną „załatwiać” odpowiednie postdoki i karać niepokornych2.

2. Kiedy mobilność działa?

Pomóżmy zatem fanom przymusowej mobilizacji w dowiedzeniu się, kiedy mobilność ma szansę zadziałać.

Należy zacząć od tego, że nawet podstawowe teorie zarządzania, takie jak np. Lean, wyraźnie i jednoznacznie wskazują, że akt przemieszczania się jest sam z siebie marnotrawstwem, które należy eliminować. Tak, dokładnie to Lolek napisał – podstawowa wiedza podręcznikowa jest taka, że mobilność w zasadzie nie powinna mieć miejsca, a firmy, które tego w porę nie zrozumiały, już dawno temu stały się bankrutami.

Oczywiście w procesach nie da się wyeliminować przemieszczania się tak w 100%. CZASEM zdarzają się sytuacje, że przynosi ono więcej korzyści niż szkód. W przypadku mobilności pracowników ma ona na celu fizyczne połączenie ofert pracy z osobami chcącymi taką pracę wykonać. Sprawnie funkcjonująca mobilność pozwala lepiej dopasować odpowiednie osoby do odpowiednich prac3.

I to wcale nie jest tak, że ludzi trzeba jakoś szczególnie do mobilności zachęcać. W sprzyjających warunkach taka mobilność powstaje samoistnie. W Polsce obecnie sprzyjające warunki są m.in.: w dużych aglomeracjach w przypadku fizycznych pracowników niewykwalifikowanych oraz posiadających pewne kwalifikacje (np. obsługa wózka widłowego); a także w przypadku niektórych grup pracowników umysłowych (np. programiści); jak również w przypadku elit politycznych (mechanizm „obrotowych drzwi”).

Chęć pracowników do mobilności trochę maleje w sytuacji, gdy występuje większe bezrobocie. Wtedy mobilność przybiera bardziej postać „za bramą na Twoje miejsce pracy czeka trzydziestu chętnych”.

Jednakże są zawody, gdzie mobilność nie jest atrakcyjna ani dla pracobiorcy, ani dla pracodawcy. W szczególności dotyczy to posad wymagających doświadczenia i kompetencji, a zarazem posad rzadko występujących. Mobilność specjalisty z bardzo niszowej branży (np. takiej, że w całym kraju są potrzebne tylko dwie takie osoby) jest niekorzystna ani dla niego (bo większość ofert wymusza jego się przebranżowić, więc jego dotychczasowe doświadczenie przestałoby mieć jakiekolwiek znaczenie, także finansowe), jak i dla zatrudniającej go firmy (która nie znajdzie nikogo równie doświadczonego na jego miejsce albo ściągnięcie i szkolenie takiej osoby będzie ją sporo kosztować). Skrótowo można powiedzieć, że mobilność zwyczajnie nie działa, gdy nie ma dla niej przestrzeni (rynku).

3. Dlaczego zatem mobilność jest zła w przypadku polskich uczelni?

Bo to klasyczny przykład sytuacji, gdy dla mobilności brakuje przestrzeni. Granty stricte badawcze są w Polsce rzadkie. Lolek przymykając oczy i patrząc przez palce szacuje, że to zapewne około setki etatów rocznie (w skali całego kraju i wszystkich dyscyplin naukowych). Grantów tych nie przybędzie od tego, że doktorantów i postdoków przymusi się do mieszkania w kamperze i nieustannego jeżdżenia. Doktoranci i postdoki ani nie finansują tych grantów, ani nie zasiadają w gremiach je przyznających. Ba, nawet sami rządzący (obecni i poprzedni) wielokrotnie przypominali, że w Polsce nie ma miejsca na szczególnie wiele „wiodących” uczelni „flagowych”.

Przy czym należy podkreślić, że przymusowa mobilność nie dość, że nie zwiększy potencjału naukowego i dydaktycznego polskich uczelni, to wręcz go znacząco zmniejszy. Stanie się tak z kilku powodów, m.in.:

3.1. Dydaktyka

Duża część etatów naukowych w Polsce jest w zasadzie dydaktyczno-naukowa (kolejność pokazuje, który aspekt jest ważniejszy) i opłacana z pieniędzy na dydaktykę. Dydaktyka w Polsce nie podąża za badaczem, lecz jest przypisana do miejsca pracy. Stąd zmiana miejsca pracy oznacza zmianę zakresu tematycznego zajęć do prowadzenia. Biorąc pod uwagę, że w Polsce obciążenie dydaktyczne jest dość znaczne (200-300 godzin pensum, topowi badacze światowi mają znacznie mniej lub zero), to potrzeba zmiany dydaktyki wyłączy naukowca z działań naukowych na rok-dwa lata. Tyle też czasu musi upłynąć (minimum!), żeby doprowadzić tę dydaktykę do przyzwoitego poziomu. Stąd wniosek, że przymusowa mobilność spowoduje obniżenie nie tylko poziomu nauki, ale też kształcenia.

3.2. Badania

W wielu dyscyplinach badania na wyższym poziomie wymagają posiadania porządnych stanowisk badawczych. Te też nie przemieszczają się z uczonym, lecz są przypisane do uczelni. Są też zazwyczaj dość drogie, tj. kosztują setki tysięcy, a nawet miliony złotych. Stąd dość oczywistym będzie stwierdzenie, że uczelnie nie posiadają na stanie wszelkich możliwych stanowisk badawczych. Z perspektywy przymusowo zmobilizowanego oznaczać to będzie konieczność każdorazowego dokształcenia się w zakresie narzędziowym (minimum kilka miesięcy), a często też zapoznanie się z tym, jakie badania na danym sprzęcie już wykonano, a jakie można by jeszcze wykonać (kolejne minimum kilka miesięcy). Z perspektywy uczelni będzie to oznaczać tyle, że pozyskany za grube pieniądze sprzęt nie jest wykorzystywany do badań, lecz do kształcenia kolejnych roczników postdoków i doktorantów.

3.3. Wynagrodzenie

Warto podnieść tu jeszcze kwestię wynagrodzenia. Praca na uczelni nie daje tak dobrych profitów, jak praca w biznesie. Pewną jej zaletą jest jednak elastyczność umożliwiająca robienie „fuch” na boku. Przymus mobilności utrudni wykonywanie innych prac, sprzyjając negatywnej selekcji wśród młodych kadr. Przymus ten uniemożliwi także wykonywanie pracy badaczom będącym na utrzymaniu żon i tylko hobbystycznie dorabiającym sobie na uczelni. Istotnie wynagrodzenie doktoranta i postdoka musiałoby wzrosnąć tak bardzo, by ów doktorant/postdok był w stanie z jednej pensji utrzymać całą rodzinę, by dać reszcie domowników czas na znalezienie nowej, satysfakcjonującej ich pracy. Lolek szczerze wątpi w aż takie wzrosty wynagrodzeń.

Oczywiście część z tych dodatkowych prac pozyskiwana jest na uczelni. W końcu ta ma służyć nie tylko realizacji pojedynczych grantów badawczych doktorantów i postdoków, ale też dydaktyce czy otoczeniu pozarządowo-administracyjno-biznesowemu. Dość oczywistym jest zatem, że w przeciętnie sprawnie funkcjonującym zespole badawczym, każda osoba w mniejszym lub większym stopniu realizuje po kilka projektów. Dlatego też w perspektywy zarządzania takim zespołem, przymus zmiany uczelni oznacza utratę wykonawcy jakiś zadań (czasem w trakcie ich realizacji4). Niejednokrotnie takiego, którego trudno jest od ręki zastąpić. Czasem wręcz był on wpisany na listę kluczowego personelu we wniosku grantowym lub komunikował się z partnerem biznesowym. Oczywiście może dotyczyć to więcej niż jednego projektu i utrudnia zarządzanie. Chyba, że ktoś nieustannie lubi gasić pożary. A czy nowy szef pozwoli młodemu uczestniczyć w nowym projekcie? To oczywiście zależy od tego, co ten szef będzie z tego miał. Czasem mogą pojawić się tu także dodatkowe koszty „pośrednie” (administracyjne), w związku z wrzuceniem w zadanie kolejnej uczelni. Jak widać przymusowa mobilność i z tej strony oznacza „spłynięcie na zespoły badawcze samego szczęścia”.

3.4. Dodatkowe zniechęcenie

Na koniec warto wspomnieć, że przymusowa mobilność wcale nie musi być wprowadzona w życie, by skutecznie niszczyć polski potencjał naukowy. Wystarczy, że takie pomysły w ogóle się rozważa. (Potencjalni) doktoranci i młodzi doktorzy to czytają i zastanawiają się czy już uciekać do biznesu i co z ich dotychczasowych doświadczeń będzie w tym biznesie najbardziej przydatne (robienie badań i dydaktyka akurat nie bardzo). W biznesie zawsze się znajdzie miejsce dla tych najbardziej zaradnych. Wystarczą uprawnienia na wózek widłowy, by oferta pracy była finansowo dużo korzystniejsza niż oferta pracy asystenta, o doktorancie nawet nie wspominając.

4. Podsumowanie

Lolek jest zwolennikiem wolności prac naukowych, a wolność ta oznacza, że można promować nawet najdurniejsze i najskrajniej szkodliwe pomysły (oczywiście nie dotyczy to polityków wdrażających takiego rodzaju zmiany). Jednak patrząc na to, kto byłby największym beneficjentem wprowadzenia przymusowej mobilności, to Lolek musi przyznać, że nie będzie miał żalu, gdy któraś z następnych ekip rządzących zlustruje polskie środowisko naukowe pod kątem poparcia dla tak szkodliwego pomysłu.

Zresztą hej, czymże innym jest niszczenie polskiego potencjału badawczego, jeśli nie działalnością na szkodę państwa polskiego. A to właśnie nie kto inny, jak PiS deklaruje walkę z takiego rodzaju szkodnikami. Panie Prezesie, ma Pan okazję pokazać, że nie są to tylko czcze deklaracje.

PS: Mobilność, na jaką stać dzisiaj Polskę, to mobilność polegająca na konferencyjnej wymianie doświadczeń czy współpracy konsorcjów różnych jednostek naukowych w ramach jednego projektu. Istotnie niektóre pomysły poprzedniej ekipy rządzącej na ocenę jakości nauki w Polsce poszły w stronę docenienia takich działań. To tak celem wyjaśnienia, że nie wszystko, co zrobiono polskiej nauce w ostatnim czasie, było takie złe.


  1. Dziwnym trafem tego właśnie się na polskich uczelniach oczekuje, tj. zdobywanie kolejnych stopni i tytułów jest często formalnym wymogiem awansu na wyższe szczeble zarządzania. To taka podstawowa bolączka: za coś innego płacą, czegoś innego oczekują, a osiągnięcie tego daje jeszcze inne efekty. 
  2. To oczywiście nie jedyna reforma nauki i szkolnictwa, której jedynym osiągalnym celem było wzmocnienie patologii grup trzymających władze. Dość spore osiągnięcia mają pod tym względem też poprzednicy z ich przymusem zrobienia doktoratu i habilitacji w określonym czasie. Ech, coraz trudniej jest być na uboczu i robić „metodami partyzanckimi” badania bez przymilania się do grup trzymających władzę. 
  3. W doktrynie neoliberalnej, której emanacją jest obecnie obowiązująca strategia rozwoju polaryzacyjnego-dyfuzyjnego nacisk na mobilność jest kładziony tylko wobec pracowników. Dzieje się tak dlatego, że pewnymi beneficjentami takiej mobilności są najbogatsi, którzy korzystają nie tylko na lepszej dostępności siły roboczej, ale przede wszystkim na zmianach cen gruntu oraz rencie ze zużycia paliw nieodnawialnych. Nie zmienia to jednak faktu, że w bardziej zrównoważonych modelach rozwoju mobilizacji poddawane są też miejsca pracy. Ale o tym bardziej szczegółowo innym razem. 
  4. To wcale nie jest takie niemożliwe, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Otóż przygotowanie, złożenie i rozpatrzenie wniosku o dofinansowanie badań trwa miesiące. Sam projekt badawczy jest rozpisany na lata. Czasem (z różnych względów, np. wstrzymania projektu przez partnerów zewnętrznych) zdarzają się też nawet wielomiesięczne opóźnienia. A przymus mobilnościowy oznacza brak możliwości zaproponowania przedłużenia umowy. Oczywiście zawsze można tu wcześniej (np. rok) wyłączać z prac osobę, która ustawowo będzie musiała opuścić zespół. Tyle, że wtedy „rozwój” dorobku uzyskany dzięki przymusowi mobilności polega na powstrzymywaniu się od jego osiągania. 
Reklamy
Mobilność akademicka, czyli jak zniszczyć polską naukę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s