Kryzys autorytetu ekspertów

Przeżywamy ostatnimi czasy kryzys autorytetu ekspertów. Kryzys ten ma parę przyczyn oraz parę propozycji rozwiązań. Lolek na szybko naszkicuje przykłady jednych i drugich. W największych szczegółach i najbardziej krytycznie przyjrzy się jednej z propozycji powszechnie kojarzonej z lewactwem.

Nauka dla biznesu

Zapewne szanowne czytelniczki i czytelnicy zastanawiają się czasem np. nad tym, dlaczego tak dobrze rozprzestrzenia się mem niewiary w to, że szczepienia są pożyteczne, chociaż większość lekarzy to poleca. Albo dlaczego ludzie nie wierzą w globalne ocieplenie, chociaż naukowcy są w zasadzie zgodni, że takowe ma miejsce. Albo w bezpieczeństwo GMO. No cóż część przyczyn będzie odmienna w każdym z tych przypadków. Warto jednak zastanowić się, kiedy po raz ostatni zalajkowało się informację o kolejnym programie, który „ma przybliżyć naukę do biznesu”. Albo chociaż kiedy się po raz ostatni o takim programie słyszało. A po raz pierwszy? Lolek nie pamięta, ale ma wrażenie, że słyszy takie rzeczy przynajmniej od jakiegoś ćwierćwiecza. I jak się potem dziwić, że ludzie myślą sobie, że takie szczepionki czy GMO to „spisek korporacji, które chcą nas truć, żeby doić z nas większą kasę, a wszelkie raporty naukowe, to ściema na zamówienie big pharmy. Przecież w tv w kółko leci, że rolą naukowca jest robić dla biznesu. No to robi”. Inna rzecz, że rzeczywiście biznes potrafi nieźle zapłacić, więc jest spora szansa, że znajdzie gotowego na wszystko człowieka ze stopniem doktora. Ale czy mamy programy sprzyjające osobom, które jednak bardziej są zainteresowane tym, by zostawić potomkom świat lepszy, a nie gorszy? Ba, czy w oficjalnych propagandach i parametryzacjach takie zachowania są w ogóle chwalone? Tak bardzo, jak współpraca nauki z biznesem?

Co więcej, nauka dla biznesu, to nie jest nauka dla administracji. Więc te wszystkie programy nie do końca maja na celu poprawę decyzji w tej sferze czy też zwyczajne wykucie lepszych (bardziej merytorycznych) kadr administracyjnych. Urzędnik może być ignorantem. Wcale nie musi też posiadać jakiś dobrych narzędzi do analizy i oceny rzeczywistości. W ogóle lepiej, żeby o tej rzeczywistości nie za wiele wiedział, bo w razie co ekspert z zaprzyjaźnionej firmy podeśle dokumentację przetargową. To nic, że ów urzędnik podejmuje decyzje krytyczne z punktu widzenia naszego życia.

Tak, jednym z większych grzechów neoliberalizmu jest to, że usilnie robi z uczelni szkółki przyzakładowe i zabija ich autonomię wraz z oświeceniową misją służby ludzkości. Miejmy nadzieję, że obecne rządy będą rządami przesilenia i wiele osób przypomni sobie, że autonomia nauki to ważna sprawa. I że autonomia nie znaczy, że nauka ma robić jedynie dla biznesu, podobnie, jak nie znaczy, że ma robić tylko na państwo, bo są jeszcze NGOSy, samorządy, związki zawodowe i inne podmioty. Jednym zdaniem, że uniwersytet to nie firma.

Oczywiście hasło „nauka dla biznesu” bardzo łatwo jest rozciągnąć na sferę polityki. Wystarczy przeczytać ze dwa artykuły o mechanizmie obrotowych drzwi pomiędzy światem polityki, a światem biznesu. Ba, rządy neoliberalne lubowały się w nazywaniu się rządami ekspertów. Stosowały przy tym te różne „eksperckie” narzędzia podejmowania decyzji, jak analiza kosztów-korzyści, które dawały rzekomo obiektywne rezultaty1, a w rzeczywistości niejednokrotnie sprzyjały bogaczom i nie sprzyjały biedakom2. Można więc pokusić się o hipotezę, że kryzys zaufania do ekspertów jest elementem szerszego kryzysu o nazwie deficyt demokracji (skoro ta przynajmniej od lat 80′ ubiegłego wieku przywdziała stój demokracji eksperckiej).

Reakcje

Najpowszechniejszą reakcją na kryzys autorytetu ekspertów i deficyt demokracji jest w Polsce na chwilę obecną narracja o tzw. „układzie”. To bardzo dobrze znana narracja obecnej partii rządzącej. Ot w Polsce dzieje się źle, bo władzę sprawuje układ wrogich sił. Jedyny sposób na jego pokonanie, to powierzenie działań komuś zaufanemu. Np. prezesowi lub ludziom, którym on sam ufa (jak przestanie, to automatycznie oni też przestają być zaufani). Ekspert jest ekspertem jedynie, gdy jest zaufanym ekspertem Prezessimusa.

Oczywiście jest też ciągle pewna grupa osób, która ekspertom jeszcze wierzy. Niestety często przedstawiciele tej grupy pokrywają się z przedstawicielami grupy zachwalającej koncepty uniwersytetu, jako firmy oraz współpracy nauki z biznesem (jedynie lub głównie – taki mają przekaz propagandowy). Mówimy tu zatem o grupie, która z perspektywy mechanizmów demokratycznych, w sposób regularny podcina gałąź, na której siedzi.

Są też pewne grupy, które chcą same każdorazowo decydować, komu uwierzyć. Grupy te w przypadkach bardziej naiwnych proponują wprowadzenie demokracji bezpośredniej. W bardziej dojrzałych wersjach mówią o partycypacji społecznej – demokracji uczestniczącej czy jak kto woli. W obecnych realiach pomysły te nie mają szans na zdobycie szerszego społecznego poparcia. Na chwilę obecną jesteśmy wręcz bardzo daleko od ziszczenia się rojeń o tym, że każdy będzie mógł bezpośrednio decydować o sprawach politycznych, które go dotyczą.

Eksperyment gdański

Spójrzmy na opis eksperymentu Gdańskiego zaprezentowany na łamach portalu krytykapolityczna.pl pod koniec ubiegłego roku przez Pana dra Marcina Gerwina – specjalisty ds. zrównoważonego rozwoju i partycypacji. Artykuł opisuje przebieg panelu obywatelskiego (jednego z narzędzi partycypacji) poświęconego kwestii zabezpieczenia przeciwpowodziowego miasta.

Czy losowo wyłoniona grupa mieszkańców i mieszkanek będzie potrafiła podjąć decyzje w tak skomplikowanym temacie, jakim jest przygotowanie miasta na ulewne deszcze? Czy uda się im wypracować rozwiązania, które będą poprawne od strony merytorycznej? Może jednak lepiej zostawić to do rozstrzygnięcia ekspertom i ekspertkom? [podkreślenie moje – przyp. lolek]

rozpoczyna swój wywód Pan Gerwin. No więc, Szanowny Panie Doktorze, zacznijmy od tego, że przeciętnie szanujący się ekspert cieszy się na myśl, że nie będzie musiał decyzyjne rozstrzygać problemów z zakresu polityki publicznej, bo wie, że każda (KAŻDA) decyzja w tym zakresie jest decyzją, która komuś pomaga, ale też kogoś kopie w zadek. Dlatego ekspert jest absolutnie przeszczęśliwy, gdy jego rola (i wynagrodzenie) kończy się na wskazaniu propozycji rozwiązań i wyjaśnieniu skutków ich wcielenia w życia. A decyzję niech podejmują politycy, bo w istocie esencją polityki jest przekonanie o tym komu jest najlepiej dokopać – silnym bogaczom (lewactwo), słabym biedakom (kuce i neoliberałowie) czy też, żeby wskazać także inne osie, np. uchodźcom (sympatycy Hitlera), tudzież tym, których akurat trzeba poświęcić na ołtarzu globalnego dobrostanu (liberałowie).

No ale powróćmy do artykułu:

Skład panelu powinien odzwierciedlać także strukturę demograficzną miasta pod względem płci, wieku i poziomu wykształcenia. Celem jest bowiem stworzenie „Gdańska w pigułce”.

Cel ten został zrealizowany w najlepszym razie częściowo. Marna ta pigułka, skoro nie kontrolowano np. podejścia do spraw ochrony przyrody. Czy Pan Doktor nie ma takiego odczucia, że może być to istotny czynnik w decyzjach związanych ze środowiskiem? Oczywiście aspektów do kontroli składu potencjalnej „pigułki” może być dużo więcej, więc być może panel 63-osobowy okaże się zbyt mały. Nie to, że jest to jakiś wielki zarzut. Raczej prztyczek w nos spowodowany zamieszeniem w artykule paru hurraoptymistycznych tez. Lolek doskonale rozumie, że raz że koszty, a dwa, że dostępność danych. W tym sensie, w zdecydowanej większości decyzji politycznych (dowolnie przeprowadzanych) można mówić o chodzeniu na skróty, bo rzadko kiedy zdarza się, by proces decyzyjny miał nieograniczony budżet. Także idźmy dalej:

Za pomocą strony Random.org, która pozwala na generowanie liczb „prawdziwie losowo”, wylosowanych zostało dokładnie 8968 osób. Punktem wyjścia do losowania jest tu szum atmosfery rejestrowany za pomocą odbiornika radiowego.

(…)

Drugie losowanie przeprowadzano już ręcznie, za pomocą rzutu kostką, spośród 895 osób, które wyraziły chęć udziału w panelu obywatelskich. Losowanie było transmitowane na żywo w internecie i nagrywane.

(…)

Okazało się, że cztery osoby rezerwowe na grupę 63 osób to za mało, powinno ich być co najmniej dwa razy więcej [czyli 8 – przyp. lolek].

Szanowny Pan Autor gadką o transparentności i „prawdziwej losowości” stara się przykryć znacznie poważniejszy problem. 895 z 8968 to 9,97%, a 63 z 71 to 88,73%. Czyli tak na oko jedynie 8,84% osób zaproszonych do panelu było w stanie się na nim pojawić. Niecałe dziesięć procent w ogóle stwierdziło, że raczej da radę się pojawić, a mimo to przeciętnie około jednej osobie na dziesięć się to nie udało. Dla porównania ostatnie wybory parlamentarne PiS wygrał mając 37,58% poparcia, przy 50,92% frekwencji. Stąd zdarzają się głosy, że partia ta nie ma jakiejś szczególnej legitymacji do rządzenia, gdyż jej poparcie to ledwie 19,1%. Skoro poparcie 19,1% nie daje jakiejś wielkiej legitymacji do rządzenia, to co można powiedzieć o decyzjach podejmowanych przy frekwencji 8,84%? Szanowny Pan Autor uraczył nas takimi zdaniami, jak:

Teraz jednak można już spokojnie powiedzieć – to działa. Mamy sprawdzony mechanizm demokratyczny, który pozwala na wypracowanie sensownych i przemyślanych rozwiązań. Można go zastosować w zasadzie w dowolnej istotnej dla miasta lub gminy wiejskiej sprawie, by ustalić, na czym polega dobro wspólne. W sprawach dotyczących państwa również.

Tak, jasne.

Dlaczego ludzie preferują „układ”

Wyjaśnienie przyczyn tak niskiego poziomu zaangażowania jest już znane w literaturze. W skrócie brzmi ono „czas oraz odległość”. Na chwilę obecną da się coś zrobić tylko z tą odległością. Więc od niej zacznijmy.

Otóż panel odbywał się w określonym miejscu. Miejsce to było w różny sposób skomunikowane z poszczególnymi, wylosowanymi adresami. Lolek zakłada dobrą wolę organizatorów, więc zakłada stosunkowo dobrą dostępność tego miejsca. Ciągle jednak mogły być losowane stosunkowo odległe adresy, które miały np. brak lub słabe połączenie komunikacją publiczną z lokalem panelowym. Oczywiście wybory pokazują, że można to rozwiązywać jakimiś formami uczestnictwa zdalnego (głosowanie korespondencyjne), dedykowanym transportem (niepełnosprawni!) czy zwyczajnym możliwie dużym zagęszczeniem lokali wyborczych (nawet w zakładach karnych). Czy to wszystko było zapewnione w panelu obywatelskim, czy też właśnie oczyściliśmy „gdańską pigułkę” z niepełnosprawnych i aresztantów (chociaż sąd nie odebrał im praw publicznych)? Tak, lolek wie, że takie rzeczy, jak dedykowany transport kosztują. No ale co począć. Albo drogi, ale sprawdzony mechanizm demokratyczny, albo tania hurraoptymistycznie reklamowana zabawka dla hipsterów.

Czas to sprawa poważniejsza. Ubóstwo czasowe, to jedna z większych bolączek współczesnych społeczeństw zachodu, chociaż często przykrywana ubóstwem materialnym. Niestety, ale panel obywatelski wraz z dojazdami, to konieczność poświęcenia znacznej ilości czasu. A sześć stówek to marna rekompensata, bo chlebodawca czy klient może nie być wyrozumiały, że to tylko jeden dzień (masz być / ma być na teraz albo zrywam umowę z twojej winy i powodzenia w sądzie, hehe). Ba, a i wynajęcie opieki dla dziecka lub osoby chorej takie tanie nie jest. Już nie mówiąc, że zapewne trzeba będzie założyć, bo te sześć stówek rekompensaty może pojawić się później niż konieczność dokonania płatności. A jak wiadomo, niektóre firmy pożyczają takie kwoty na RRSO wynoszące dwa tysiące procent.

Także hmm, szanowni współlewacy i drodzy liberałowie, proponuję odłożyć rojenia o demokracji partycypacyjnej przynajmniej do momentu, gdy takie uczestnictwo będzie prawnie chronione oraz z zapewnieniem darmowej opieki zastępczej. A jeszcze lepiej, to radzę zaczekać do czasów, gdy ludzie będą mieli czas, bo np. dobowy wymiar ich czasu pracy będzie wynosił maksimum cztery godziny. A do tego nasze mózgi będą bezpośrednio podłączone do internetu, więc odległość i kompetencje informatyczne przestaną stanowić bariery. Do tego momentu lepiej jest promować tradycyjne formy, które nie wymagają jakiegoś szczególnie dużego zaangażowania (więc nie są jedynie zabawką dla hipsterów). Takie jak np. wybory, gdzie raz na jakiś czas głosuje się na zaufanych ludzi. Ludzi, którzy na wyższych, niż rada osiedla czy małej gminy, szczeblach administracyjnych przynależą do zaufanych partii politycznych. Bo samemu nie da się znać na wszystkim, a w obecnym, skomplikowanym świecie dotyczy to nawet zawodowych posłów, ponieważ oni też nie mają aż tyle czasu, by wysłuchać każdego eksperta z każdej dziedziny dla każdej z licznych decyzji, które muszą podjąć (czytaj: uczestniczyć w każdej komisji czy grupie roboczej). Osobom tym oczywiście trzeba płacić.

Ale też takie formy, jak związki zawodowe, gdzie przeciętny pracownik poświęca niewielką kwotę pieniędzy na składkę, z której utrzymuje osoby działające w jego interesie, podczas gdy on sam może zając się pracą i rodziną.

Przede wszystkim szanowni współlewacy oraz drodzy liberaowie, uprasza się o nieprowadzenie działań podkopujących takie formy uczestnictwa w życiu. Alternatywnie ciągle można się dziwić, że ludzie wolą narracje „o układach” od bezpośredniego uczestnictwa.


  1. Swego czasu lolek popełnił blognocię o tym, co myśli sobie o obiektywności
  2. Lolek gdzieś w okolicach początku blogaska też trochę o tym wspomniał
Reklamy
Kryzys autorytetu ekspertów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s