Istota lewactwa

Dziś krótka notka o tym, co to jest lewactwo.

Polityka wysokiej częstotliwości

Od pewnego czasu funkcjonuje sobie termin „handel wysokiej częstotliwości„. To taka forma handlu giełdowego, w której decyzje o kupnie lub sprzedaży podejmowane są w czasach milisekundowych przez algorytmy komputerowe analizujące bieżące trendy na rynkach „kupuj, kupuj, sprzedaj, kupuj, sprzedaj” (a sekunda jeszcze nie zaczęła na dobre upływać). W podobny sposób niektóre partie polityczne na bazie bieżących sondaży starają się uprawiać politykę „za, za, za, przeciw, przeciw, za, za a nawet przeciw”. Chociaż partie działały tak chyba wcześniej niż giełda. Starsi wiekiem czytelnicy pamiętają zapewne powiedzenie o chorągiewce zawsze wskazującej kierunek wiatru. Albo różne definicje bezideowości.

Nie wiadomo, jakie szanse na powodzenie ma taka strategia. Na razie z większością bezwzględną rządzi partia, o której przez prawie dekadę konsekwentnie mówiono, że „po tych kolejnych przegranych wyborach to już na pewno się rozpadnie”.

Takie podejście jest też czasem podszeptywane lewakom. „Doradcy” mówią im [niepotrzebne w danej chwili skreślić]:

  • odpuść sobie tych uchodźców – ksenofobia ma się tak dobrze w tym kraju
  • odpuść sobie tych gejów – kościół ma się dobrze
  • odpuść sobie kobiety – kościół ma się lepiej niż dobrze
  • odpuść sobie pracowników – globalizacja ma się dobrze, podobnie jak opinie o ich niebywałej roszczeniowości
  • odpuść sobie wywalanych na bruk – przenajświętsze prawo własności ma się świetnie
  • odpuść sobie bezdomnych – śmierdzą
  • odpuść sobie niepełnosprawnych – i tak nikt im nie uwierzy w opowieści o biciu i gwałceniu, a poza tym nie ma chętnych, by łożyć na ich opiekę – są tylko chętni, by przywoływać ich na ten świat
  • odpuść sobie dzieci – kiedyś też chodziły głodne

Doradcy przekonują, że wystarczy tylko odpuścić sobie jedną czy kilka z tych grup, a już lewica zdobędzie 1101 procent poparcia. Tyle, że wtedy to nie będzie już lewica, a jedynej rady jakiej powinien posłuchać lewak, to tej, żeby nie słuchać się takich „doradców”*.

Kiedy zdaniem lewaka „jest sprawiedliwie”?

Otóż lewacy swoje rozmyślania o sprawiedliwości prowadzą zazwyczaj w jednym z nurtów egalitarnych. Czyli tych mówiących, że „wszyscy są równi”. Zdanie to jest niestety bardzo nieczytelne. Lepiej więc za Rawlsem powiedzieć, że świat jest fair, jeżeli „osobom najsłabszym należy pomagać najbardziej”. Czyli wszyscy są równi jest raczej stanem docelowym, a nie obecnym.

Lewak docenia takie podejście, bo w praktyce zazwyczaj dość łatwo jest określić kto jest najsłabszym. Np. prezydent kraju, który świecąc złotem mówi w wystąpieniu tv, że to on, będzie mało przekonujący pod tym względem. Podobnie mało przekonujące (chociaż niewątpliwie mające nieliczne grono wiernych i nieprzemakalnych wielbicieli) będą opowieści o potężnym, ale niewidzialnym lobby bezdomnych (gejów, itd.), które rzekomo rządzi światem. No dobra takie opowieści bywają czasem przekonujące. Kiedyś światem rzekomo rządzili Żydzi. Dziś słyszymy to o uchodźcach.

Czy zatem lewak jest utylitarystą maksymalizującym dobrostan świata? Nie bardzo. Lewak dość dobrze wie, że słowo „dobrostan” jest dość trudne w jednoznacznej definicji. Stąd liberalny utylitaryzm ma takie tendencje do stania się neoliberalizmem, w którym wyrażenie „dobrostan świata” to to samo, co „stan portfela bogacza”, a cała reszta jest taka „trudna do uchwycenia i policzenia, więc najłatwiej będzie to pominąć”. Lewak za często widywał, że niepewność znaczeniowa terminu była rozstrzygana na korzyść akurat tego silniejszego. Ot np. taka dyskusja o uelastycznieniu czasu pracy kończyła się konkluzjami w stylu:

Pracodawca zarobi 3%. Z drugiej strony trudno jest policzyć, ile stracą pracownicy na tym, że nie wiedzą kiedy zostaną wezwani do pracy. Ale hej, zrobiliśmy ankietę wyrażonych preferencji wśród bezrobotnych bez prawa do zasiłku i wyszło z niej, że ludzie nie cenią sobie za bardzo wolnego czasu. 3% zysku pracodawców przewyższa te grosze znacznie, więc globalna użyteczność wzrośnie. Poza tym spodziewamy się, że pracodawcy z zysku wydzielą trochę kasiory na podwyżki, więc pracownikom te małe niedogodności powinny zostać zrekompensowane.

Zapewne nie wydzielą, ale w końcu wystarczy tu teoretyczna możliwość, by uznać powyższy pomysł za samo dobro… przynajmniej z perspektywy utylitarnej.

Dobrze, ale zatem czy lewak uważa, że każdy powinien ponosić pełne konsekwencje swoich działań? Nie, to inny rodzaj sprawiedliwości, który lewaka nie interesuje, bo gryzie się z tym wyznawanym przez niego. Nie da się na raz dać niepełnosprawnemu zniżki za parkowanie w centrum i wymagać, by „za zagracanie centrum” płacił tyle, co wszyscy.

Aha, to jeszcze takie pytanie, czy lewak jest feministą? Nie bałdzo. Feminizm, jak sama nazwa wskazuje, jest skupiony wokół interesu określonej grupy osób. Więc chociaż kobiecość jest generalnie czynnikiem anty-uprzywilejowującym** , to wciąż w jakimś procencie przypadków nie jest to grupa najsłabsza. Np. kto jest słabszy w problemie dotyczącym tego czy kobieta ma wobec dziecka obowiązek poinformowania go, kto jest jego ojcem biologicznym?

Jaki jest więc stosunek lewaka do aborcji

To dość ciekawe zagadnienie biorąc pod uwagę fakt, że prolajferzy stosują często narrację lewicową „wspierajmy bezbronne dziecko przed zakusami wszechpotężnej wyrodnej aborterki”.

Trzeba przyznać, że lewak może mieć tu pewien problem. Najbardziej typowa argumentacja stosowana przez pro-choice jest bowiem w Polsce liberalna.

  • „Moje ciało to moja własność, mam prawo zrobić z nim co zechcę”
  • „Mój dom to moja własność, mogę wyrzucić z niego na bruk, to co że podpisałem umowę najmu”
  • „Moja firma, to moja własność, mogę nie wydrukować tego plakatu gejowi”
  • „Moja firma, to moja własność, więc skończ gadać o jakimś tam BHP i zagrożeniu zdrowia i życia pracowników”

No cóż, pro-choice ma argumentację prawicową, bo i sam liberalizm cechuje się delikatnym odchyłem w prawo. Oczywiście wielu może powiedzieć tu, że przecież „hej, ale jednak jest różnica między nietykalnością cielesną, a innymi formami własności. W cywilizowanych krajach nikt nie powinien dybać na nietykalność cielesną. Nikt nie każe pod przymusem oddawać organów„. Jasne, dla wielu będzie to przekonujący argument. Ale skoro to mój blogasek, to mogę bez ryzyka narażenia się na bana ciągnąć temat dalej.

No więc, „w cywilizowanych krajach” nie wyrzuca się też na bruk. Ale my od jakiegoś czasu uskuteczniamy wyścig na dno, więc może niedługo będzie i przymus dawstwa organów. W Chinach nie takie rzeczy już się wydarzały. Lolek jest ciekaw, jak się ma dzisiaj poparcie np. do tego, żeby sprawca musiał rekompensować krzywdy „w naturze” (stare poczciwe „oko za oko”). Albo chociaż żeby musiał oddać krew, jeżeli wypadek nastąpił z jego winy i jest to jedyna opcja uratowania poszkodowanego. A poza tym nie miejmy złudzeń – egalitaryzm jest wyrozumiały i pomocny wobec słabych, co oznacza konieczność pewnych wymuszeń wobec silniejszych (np. zakaz wyrzucania zimą na bruk, nakaz równego traktowania klientów czy nakaz stosowania przepisów BHP).

Więc może inny argument za możliwością wyboru aborcji. Np. „zarodek nie jest pełnoprawnym człowiekiem”. I co z tego? Lewak co rusz staje w obronie „ludzi uznanych za niepełnoprawnych” – a to bezdomnych, a to czarnych, a to lesbijki, a to ciężarne wyrzucane zimą na mroźny bruk. Ten argument sam z siebie jest kolejnym argumentem, w którym Ci silniejsi ustalają sobie co to znaczy „pełnoprawność”. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wielu przekonują argumenty, że skoro ma się nie w pełni rozwinięty układ nerwowy, i stąd nie czuje się bólu, ani nie ma osobowości, to jednak nie do końca jest się takim, jak dorosły człowiek.

Szukanie maksymalizacji utylitarnego dobrostanu – patrz wyżej.

Przejdźmy teraz do wypowiedzi Macieja Wiśniowskiego twierdzącego na łamach portalu strajk.eu, że lewacy powinni mówić, że są za aborcją:

Bo poza niechcianymi ciążami, wynikającymi z niedouczenia, nieuświadomienia i braku podstawowej choćby szkolnej edukacji, są jeszcze ciąże z gwałtu, kazirodztwa, zagrażające życiu matki, ciąże z głęboko upośledzonym, niezdolnym do samodzielnego życia płodem (płodem, nie dzieckiem, ani dzieciątkiem!) i wreszcie ciąże, których być nie powinno z powodów społecznych. I przerywanie takich ciąż jest konieczne, jeżeli nie chcemy być współwinnymi ludzkich tragedii. I za takimi aborcjami trzeba się opowiadać jasno, zdecydowanie i bez niedomówień.

Też nie bardzo. Lewak ma wizję świata, w którym nie ma biedy, więc nie ma potrzeby aborcji z przyczyn społecznych. Wizję świata, w którym nie ma gwałtów, więc nie ma potrzeby aborcji. Wizję świata, w której ludzie nie są seksualnymi analfabetami, więc nie ma potrzeby aborcji. Lewak nie będzie postrzegał aborcji, jako jakiegoś panaceum, bo świat, w którym aborcja nie jest potrzebna, jest jego zdaniem lepszy. Oczywiście lewak będzie za prawem do aborcji, ale raczej tylko z powodu świadomości niedoskonałości własnych i świata. Wiedzy, że nie ochroni każdej ciężarnej kobiety przed wyrzuceniem na mroźny bruk, połączonej z wiedzą że dziecko do kilkunastego roku życia jest zwyczajnie zależne od rodziców, więc ich dobrostan będzie też wpływał na dobrostan tego dziecka. Nie będzie to zatem zgoda nazbyt entuzjastyczna, gdyż byłby to entuzjazm wynikający z poczucia porażki.

Stąd lewak będzie też za rozwiązaniami, które działają, tj. rzeczywiście zmniejszają liczbę aborcji i liczbę kobiet zmarłych w skutek powikłań ciążowych i okołoporodowych***. Będą to np. rzetelna edukacja i darmowa antykoncepcja. Ale też możliwie efektywny system wsparcia dla osób niepełnosprawnych (no chyba, że za namową jakiegoś „dardcy” lewak przestał nim wcześniej być).

To zasadnicza różnica względem prawicowych prolajferów, którzy chociaż argumentację miewają lewicową, to rozwiązania już typowo prawicowe. Ot „zróbmy parę etatów dla prokuratorów i sędziów – moralnych następców tych stalinowskich – by mogli beztrosko radować się oskarżając i skazując kobiety, które miały nieszczęście poronić”. Nie dajmy się nabrać, że ustawa wprowadza w proces ciąży prokuratora, po to by on się tym procesem nie interesował. No więc która chętna do pójścia przy pierwszych objawach zagrożenia ciąży (np. krwawienie we wczesnych miesiącach) do lekarza, koło którego będzie siedział prokurator. Więc wycieczka po duphaston będzie mogła równie dobrze skończyć się „zatrzymaniem w celu wyjaśnienia”. A jako, że stres jest przy takim zagrożeniu ciąży niewskazany, to kto wie, całkiem możliwe, że zatrzymanie się wydłuży do lat trzech (to w końcu wina kobiety, że poszła do lekarza, wiedząc, że będzie tam siedział też prokurator).

To chyba w tym aspekcie (znaczne pogorszenie się opieki lekarskiej w przypadku „chcianych” ciąż), można spodziewać się największego zwiększenia liczby trupów – narodzonych i nienarodzonych. Ale to nie jest też jedyny argument przeciw propozycjom zaostrzania ustawy (1, 2, 3, 4, 5, 6).


*Owszem wiem, że na poziomie ustalania polityk czy zawierania kompromisów koalicyjnych rzeczywistość wymusza niekiedy konieczność poczynienia pewnych ustępstw. No ale przecież nie na poziomie tak ogólnych deklaracji ideowych.
**Lolek powinien użyć tu określenia „upośledzającym”, ale stara się dzielnie walczyć z zaprawaczeniem języka polskiego :-P.
***Młoda gawiedź zapewne tego nie wie, ale słowo „ciąża” wzięło się od „ciężaru”. Ciężar ten bywa bardzo niebezpieczny dla zdrowia i życia matki. Zdecydowanie bardziej niż aborcja i jeszcze bardziej niż nie zajście w ciążę w ogóle. No więc droga młodzieży „stany błogosławione” i „cudy rodzicielstwa” to generalnie brednie.

Advertisements
Istota lewactwa

6 uwag do wpisu “Istota lewactwa

  1. teogderyk pisze:

    Lolek splótł w tej, hehe, krótkiej notce tyle wątków, że ciężko będzie się ustosunkować bez porządnego riserczu. No ale przecież to są internety! Hasło „Nie znam się, to się wypowiem!” zyskało w naszej globalnej wiosce oddźwięk, o którym „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” może co najwyżej pomarzyć. Zatem wypełniając obowiązki dyżurnego trolla przyczepię się, z obowiązku, to tu, to tam.

    Polityka jako HFT Oczywiście, w dużej mierze, lolek ma całkiem całkowitą rację. Już starożytni Czesi zauważyli, że vox populi, vox dei. Ciężko więc pozostać niezłomnym ideowcem jak korytko takie milusie a nasza przy nim obecność zależy od wsłuchiwania się w ten głos. Jednak w kontekście aborcji, czy szerzej rozumianych praw prokreacyjnych (in vitro), uważam, że ta analogia nie do końca się sprawdza. W Bolandzie, praktycznie wszystkie znaczące formacje polityczne miały generalnie w d… vox populi w tej kwestii. Słuchały za to uważnie niewielkiej grupy panów w purpurowych kieckach, mających w zwyczaju molestowanie nieletnich płci obojga.

    Lewactwo a feminizm Nie bardzo ogarniam o co lolkowi chodzi z tym argumentem (o ile dobrze zrozumiałem), że wsparcia dla równouprawnienia kobiet nie da się wciągnąć na lewackie sztandary, bo przecież kiedyś zapanuje równość, braterstwo i powszechny dobrobyt. Lolek sam zauważa, że na razie:

    wszyscy są równi jest raczej stanem docelowym, a nie obecnym.

    To chyba oczywistym jest, że każdy (obecny) lewak powinien mieć za punkt honoru bycie feminazistą walczącym o równe płace, rozbijającym szklane sufity i orającym prawackich zjebów, którzy nie są w stanie ogarnąć, że np. stosunek z nieprzytomną kobietą jest gwałtem. Także o ile zgodzę się, że nie jest to warunek wystarczający do bycia lewakiem, to wydaje się być warunkiem koniecznym.

    Lubię to

    1. „W Bolandzie, praktycznie wszystkie znaczące formacje polityczne miały generalnie w d… vox populi w tej kwestii.”
      W wielu innych też. Tym bardziej, że bolandczyków udało się dość skutecznie przekonać do tego, że roszczeniowość jest zła tylko dlatego, że polega na głośnym wyrażaniu roszczeń. Ciche umowy przy dobrym winie i ośmiorniczkach nie są przecież uznawane za roszczeniowość (przynajmniej przez głośnych trolli), chociaż często dotyczą wartościowo, jakościowo i ilościowo dużo poważniejszych spraw.

      Biłem tu m.in. do takiej partii, która jeszcze niedawno deklarowała zwrot w prawo, dość intrygująco głosowała nad projektami około aborcyjnymi, a teraz czarnoprotestuje. Chociaż obawiam się, że wcześniej Palikot miał podobnie. Inne partie zresztą też.

      „To chyba oczywistym jest, że każdy (obecny) lewak powinien mieć za punkt honoru bycie feminazistą walczącym o równe płace, rozbijającym szklane sufity i orającym prawackich zjebów, którzy nie są w stanie ogarnąć, że np. stosunek z nieprzytomną kobietą jest gwałtem.”

      Ciągle jednak lewak może być feministą tylko na 99% (no niech będzie, że w 99,9% przypadków). Bo zawsze znajdzie się ten wyjątek, kiedy będzie musiał stwierdzić „bardzo Szanowną Panią przepraszam, ale nie Pani jest tu najsłabszym podmiotem, więc to nie Pani interes ma pierwszeństwo”. Będzie to dotyczyć części relacji na linii matka-dziecko. Nie wszystkich, bo w wielu przypadkach zastosowanie ma zasada „dobrostan dziecka jest pochodną dobrostanu rodzica”.

      Lubię to

      1. teogderyk pisze:

        Biłem tu m.in. do takiej partii, […]

        Aaa, to najwyraźniej nie załapałem aluzji. Pora się przyznać, że, od jakiegoś czasu, wydarzenia w Bolandzie obserwuję z pewnego oddalenia i niektóre detale mi umykają. W każdym razie w tej kwestii, pełna zgoda. Ta konkretna formacja polityczna bardzo dbała, o to, aby nie zajmować wyrazistego stanowiska w jakiejkolwiek sprawie; oczywiście poza czczeniem Wielkiego Lesefera (termin bezczelnie zajumany z doskonałej notki s.halaera).

        Ciągle jednak lewak może być feministą tylko na 99% […]

        OK, chyba łapię o co lolkowi chodzi. Jednak biorąc pod uwagę, że, jak lolek sam zauważył, bycie kobietą jest „generalnie czynnikiem anty-uprzywilejowującym”, postrzeganie feminizmu jako nieodłącznego składnika bycia lewakiem nie będzie chyba specjalnym nadużyciem.

        Lubię to

  2. „OK, chyba łapię o co lolkowi chodzi.”
    A. pięć lat temu miała w tym stylu podobną notkę, chociaż dotyczyła ona gejów, a nie feministek. http://lemingarnia.blogspot.com/2011/09/z-tango-i-surogatka-jest-nas-czworo.html

    „postrzeganie feminizmu jako nieodłącznego składnika bycia lewakiem nie będzie chyba specjalnym nadużyciem.”
    Nie jest. A już na pewno nie w kraju takim jak Polska, gdzie o środowiskach liberalnych i lewicowych mówi się łącznie i najzwyczajniej w świecie funkcjonują sobie propozycje, które można uznać za oszalałe z każdej perspektywy poza skrajnie prawicową.

    Lubię to

  3. Aleksandra pisze:

    Dobra, ale feminizm to nie jest ślepe uprzywilejowywanie kobiet na złość patriarchatowi, tylko walka z patriarchatem, który szkodzi wszystkim. Nazywa się feminizm dlatego, że jednak bądź co bądź kobiety go zapoczątkowały, i kobiety mają słabszą pozycję (w ogólności) w społeczeństwie. Jeśli ktoś ma problem z samą nazwą, bo tak mu przeszkadza, że jak feminizm, to na pewno chcemy tylko zniszczyć mężczyzn, to właśnie wpadł już w sidła patriarchatu.
    A w samym feminizmie nie da się pominąć tego, że także i jedne kobiety są bardziej uprzywilejowane niż inne. To jest problemem tzw. Białego Feminizmu TM, w którym takie przynajmniej średnioklasowe białe feministki martwią się o swój szklany sufit, ale w dupie mają, jak się żyje innym kobietom, na przykład czarnym. W Ameryce zresztą i pewnie nie tylko – białe kobiety mają lepszą pozycję, na przykład jeśli chodzi o wynagrodzenie, niż każda inna grupa poza białymi mężczyznami (a więc lepszą niż czarni mężczyźni, którzy z kolei są wyżej niż czarne kobiety, chyba następni są latynosi, ale nie wiem, czy gorzej, czy lepiej niż czarne kobiety). Feminizm inkluzywny nie ignoruje tego wszystkiego.
    Jasne, są tacy, którzy wolą się nazywać jakimiś egalitarianami czy czymś, ale to, że tak boją się feminizmu i nazwania się feministami, nie świadczy o nich zbyt korzystnie. „Feminizm, jak sama nazwa wskazuje, jest skupiony wokół interesu określonej grupy osób.” – może pierwotnie. Obecnie wydaje mi się, że bardziej można to rozumieć jako walkę z mizoginią (i co za tym idzie, toksyczną męskością). Ale ponieważ kobiety stanowią połowę populacji i są przeróżne, to w feminizmie zawiera się też walka z rasizmem, homofobią i wszelkimi innymi aktami upadlania całych grup społecznych. No, chyba że ktoś jest Białą Feministką albo TERFem, ale to wiadomo, to nie jest feminizm, tylko walczenie o własny interes pod przykrywką dobrze brzmiącego hasła.
    Aczkolwiek znalazłam całkiem ciekawy artykuł na temat dlaczego TERFy nie są aż tak złe – http://www.feministcurrent.com/2015/11/10/why-i-no-longer-hate-terfs/ – aczkolwiek chyba autorka nie docenia niektórych TERFów, bo te argumenty podniesione w artykule są bardzo sensowne, a niektóre TERFy po prostu są transfobami i tyle. Ale pomijając, TERF czy nie – artykuł dobrze przedstawia, dlaczego feminizm w ogóle jest potrzebny, i dlaczego nadal to jest właśnie feminizm, więc polecam z tej perspektywy.

    A a propos aborcji – lewak może i mieć idealistyczną wizję świata, w którym nie ma biedy, gwałtów, eksmisji itd., co nie przeszkadza mieć świadomości, że na razie mamy do tego daleko, więc czemu nie być za aborcją. Poza tym aborcja nie byłaby potrzebna tylko, gdyby istniała antykoncepcja działająca w stu procentach i najlepiej do tego bez nieprzyjemnych skutków ubocznych – do tego też nam trochę brakuje. Prawdopodobnie coś takiego nigdy nie będzie istnieć i dlatego aborcja nigdy nie będzie niepotrzebna (chyba, że przestaniemy zachodzić w ciążę i będziemy się rozmnażać przez pączkowanie). A z perspektywy antynatalistycznej – aborcja zawsze najlepsza! Żadna stworzona przez człowieka utopia (w sensie rozwiązania gospodarcze itp.) nie wyeliminuje naturalnie występującego cierpienia, któremu nie da się zapobiec, no i już jesteśmy w takim punkcie tego, co zrobiliśmy z planetą i przeludnienia, że akurat każdy powinien opowiadać się za aborcją w przypadku ciąży.

    Lubię to

    1. Dziękuję o uzupełnienie artykułu o kwestię feminizmu. Rzeczywiście feminizm i egalitaryzm, chociaż zaczynały w różnych miejscach, to mogły się spotkać. Z tej perspektywy rzeczywiście można być 100% egalitarną feministką, co w moim galopie przeoczyłem. Przy czym w tej blognoci, przynajmniej w tym fragmencie, nie chodzi o strach przed nazwaniem się feminist(k)ą, lecz raczej o „czystość” definicji lewactwa.

      „no i już jesteśmy w takim punkcie tego, co zrobiliśmy z planetą i przeludnienia”
      Z perspektywy oszczędności zasobów nie zajście w ciążę ciągle wydaje się być efektywniejsze energetycznie niż zajście i abortowanie. Chociaż nie ręczę, że to twierdzenie jest prawdziwe dla każdej metody antykoncepcji i dla każdej częstotliwości seksu.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s